RSS
niedziela, 13 listopada 2016
Listopad z książką i sernikiem z dyni

Listopadowe wieczoryto ten moment w ciągu doby, na który czekam z niecierpliwością. Mam wtedy chwilę spokoju, mogę się otulić ciepłym kocem, zasiąść w fotelu z książką i znaleźć się w innym świecie. Całości szczęścia dopełnia kubek gorącej herbaty, zapach cynamonowej świecy i widok słodko śpiącego psiaka. To chyba wpisuje się w tzw. "hygge", o którym jest ostatnio dość głośno. Hygge - przytulność, poczucie bezpieczeństwa związane z własnymi rytuałami, komfort bycia sobą - tak mniej więcej postrzegam to ja. I mam ogromną ochotę na książkę o tej tematyce: "Hygge. Duńska sztuka szczęścia" Marie Tourell Sodeberg. Słyszeliście o niej? Czytaliście? Polecacie?

Dziś kilka słów o innej książce oraz przepis na pyszny dyniowy sernik.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Noc ognia" Eric-Emmanuel Schmitt

"Noc ognia" to książka, w której autor dzieli się z czytelnikami swoją własną historią, która jest bardzo osobista i skłaniająca do refleksji. To właśnie tytułowa noc ognia i jej mistyczne doznania, sprawiły że Schmitt został pisarzem.

Wyprawa na Saharę, na którą decyduje się autor, miała być wyprawą w poszukiwaniu plenerów do filmu biograficznego dotyczącego Charlesa de Foucaulda. Eric, jako scenarzysta,  wybrał się na nią wraz z reżyserem, Gerardem. Dodatkowo, wszyscy którzy w niej uczestniczyli, byli przekonani, że nie można pójść na pustynię i wrócić jako ta sama osoba; oczekiwali zmian. Pozytywnych lub nie. To wszystko miało się okazać w trakcie wyprawy.

Sam Eric, przekonał się, jak ta wyprawa bardzo go zmieni, choć na początku nie był zbyt przekonany, co do tego wszystkiego. Jednak to co przeżył, kiedy nie do końca świadomie odłączył się od reszty grupy i został zupełnie sam, zagubiony pośrodku pustyni, sprawiło że powrócił jako zupełnie inny człowiek...

Nie jest to książka, którą czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Dużo jest tutaj rozmyślań o Bogu, o poszukiwaniu wiary i to nie tylko w odniesieniu do religii. Wiele jest przemyśleń dotyczących przeszłości, relacji międzyludzkich, życia zawodowego i tego, które toczy się poza nim.

Osobiście bardzo podobał mi się fragment (w rozdziale siódmym), w którym Eric zauważa, że ich przewodnik grupy, Abajghur, jest zauroczony pewną Taureżką. Opisuje ich specyficzną relację w niesamowity sposób:

"Cóż za przejmujące sam na sam! Ta scena początkowo mnie rozbawiła, potem wzruszyła. Było oczywiste, że wstydliwy Abajghur zaleca się do tej piękności. Wcielając w życie swoją intrygę w tym tempie, potrzebowałby miesięcy, żeby zdobyć się na pierwsze słowo, roku, żeby odważyć się na pocałunek, dwóch lat, żeby zawrzeć małżeństwo zgodnie z przyjętymi zwyczajami! (...) Siła opieszałości... Wydawało mi się, że Abajghur pozna wielką miłość".

Po czym sam Eric przyznaje, że u niego wszystko było do tej pory zbyt pośpieszne, zbyt gwałtowne:

"(...) wszystko robiłem gwałtownie. I wtedy gdy pożądałem, i wtedy gdy kochałem. Piętnaście miesięcy wcześniej rozstałem się z tą, u której boku żyłem przez siedem lat, i chcąc oszukać przygnębienie, rzucałem się w nieznajome ramiona. (...) Moje serce nie biło dla nikogo. Niczego nie oczekiwałem. Żadna twarz nie pojawiała się na niebie, gdy mu si e przyglądałem. Raz jeszcze Abajghur cierpliwy, Abajghur marzyciel, Abajghur obojętny wydał mi się mądrzejszy ode mnie. Jedną po drugiej, pustynia punktowała moje wady."

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: sernik dyniowy

Dziś przepis na sernik z dodatkiem dyni - idealnie wpasowujący się w jesienne klimaty. Nie za słodki, bardzo kremowy, pachnący skórką pomarańczową. Robi się go szybko, ale z jedzeniem trzeba jednak poczekać. Najlepszy jest bowiem po porządnym schłodzeniu w lodówce. 

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

300 g ciastek Oreo

70 g masła

350 g pieczonej dyni*

1 kg zmielonego twarogu

250 mascarpone

drobno starta skórka z 1 pomarańczy

200 g cukru

1 cukier waniliowy

2 łyżki mąki ziemniaczanej (skrobi)

1 budyń waniliowy

3 jajka

Polewa:

50 g białej czekolady

3 łyżki jogurtu

*Pieczona dynia: należy ją pokroić razem ze skórą na mniejsze kawałki i usunąć pestki. Piekarnik nagrzać do 180 stopni C. Kawałki dyni ułożyć skórką do dołu na dużej blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Wstawić do piekarnika i piec przez ok. 35 minut do miękkości (wbity widelec powinien łatwo wchodzić w miąższ). Wyjąć z piekarnika i całkowicie ostudzić. Wyjąć łyżką upieczony miąższ ze skórki i zmiksować go blenderem na gładkie purée. Jeśli dynia jest bardzo wodnista, wówczas można ją trochę odcisnąć w gazie. 

Przygotowanie:

  • Dynię piekę wg przepisu podanego powyżej, odmierzam potrzebną ilość, dokładnie miksuję blenderem. Dodaję drobno startą skórkę z pomarańczy i mieszam. Miksuję ze zmielonym twarogiem i serkiem mascarpone - ale tylko do połączenia składników.
  • Dodaję cukier, cukier waniliowy, mąkę ziemniaczaną, budyń (proszek) oraz jajka i mieszam na jednolitą masę.
  • Ciasteczka dokładnie rozdrabniam, następnie dodaję roztopione masło i dokładnie mieszam. Wykładam na spód tortownicy o średnicy ok. 24 cm.
  • Masę serową wykładam na spód z ciasteczek i wstawiam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni C (góra i dół bez termoobiegu) i piekę przez ok. 60 minut (w większej tortownicy, np. 26 cm, sernik będzie gotowy wcześniej). Wyjmuję i zostawiam do ostudzenia. Po ostudzeniu zdejmuję obręcz i schładzam w lodówce.
  • Polewa czekoladowa: czekoladę łamię na kosteczki, roztapiam, mieszam ze stopniowo dodawanym jogurtem. Polewam sernik.

sobota, 22 października 2016
Jest, jak jest (kremowa brukselka)

Październik pogodowo bardziej przypomina listopad: mgły, mżawka przechodząca w deszcz, przenikliwy chłód i wiatr. Słońca jak na lekarstwo, a ja mimo wszystko jakoś zaczynam się w tej aurze odnajdywać, zwłaszcza w mgłach. Wszechobecna szarość nie smuci, a daje dziwne ukojenie. I moje ukochane morze: szare, zlewające się w jedno z równie szarym niebem. Mokry piasek na plaży, śliskie kamienie i wyludniała plaża. Cały czas wzmaga się we mnie tęsknota za czymś dalekim. Za ciszą, spokojem, niewielkim domkiem z dużym regałem na książki.

Dopadło mnie choróbsko - zatoki dają o sobie znać... Już zapomniałam, jaki okropny potrafi być ten ból... Siedzę w domu, otulam się kocem, pieseł robi za termofor, a ja biorę lekarstwa i liczę na szybkie wyzdrowienie. Ten dziwny czas umilają książki, jedne bardzo trafione, drugie nieco mniej. W kuchni zaś nieco mniej się dzieje, a jak już, to poruszam się w tematyce bardzo jesiennej: dynia, jabłka, cynamon i brukselka ;)

Przeciwnicy brukselki z pewnością nie jedli jej przygotowanej wg TEGO przepisu. Jest ona bowiem w smaku zupełnie inna od wszelkich koszmarków, które pamiętamy z dzieciństwa. Tutaj ląduje na talerzu kremowa, delikatna w smaku maleńka kapustka, lekko utytłana w śmietanowym sosie. Niebo w gębie. Uwielbiam ją jeść samą, ot tak, ale dodaję wtedy nieco więcej śmietany. Poza tym, idealnie pasuje również jako dodatek do mięsnych potraw.

Przepis od Truskawkowej Ani.

Składniki:

0,5 kg brukselki

3 łyżki masła

1 filiżanka śmietanki 30%

sól, pieprz

Przygotowanie:

  • Brukselkę myję, kroję na połówki. Gotuję na parze, aż lekko zmięknie (nie wolno jej rozgotować).
  • W głębokim i szerokim rondlu topię masło, wrzucam do niego brukselkę i doprawiam ją wg uznania. Podsmażam ją ok. 5 minut - powinna się zezłocić.

  • Po 5 minutach zmniejszam gaz i do brukselki wlewam śmietankę, przykrywam naczynie i duszę przez ok. 20 minut. W tym czasie część śmietanki odparowuje, a brukselka nabiera słodkiego, kremowego posmaku.

niedziela, 09 października 2016
Jesiennie: książka i rozgrzewające curry

Nad morzem pogoda nie była zbyt łaskawa. Wiało i padało, co skutecznie zmniejszało sympatię do trwającej od niedawna jesieni. A marzy mi się wyprawa na grzyby, żeby potem móc je zasuszyć albo zamrozić i mieć ich zapas do świątecznych potraw.... Tylko czas na to jakoś trudno wyłuskać... I jednak wolę okręcić się szczelnie kocem i poczytać coś wciągającego, przy kubku gorącej herbaty...

Coraz ciężej się zmotywować do jakiejś aktywności... Z trudem ruszam do lasu pobiegać (coraz częściej po błotku), z trudem odkładam książkę i rozkładam matę do ćwiczeń, z trudem wychodzę spod koca, by udać się do kuchni, by coś ugotować. Najczęściej bazuję na sprawdzonych przepisach, najlepiej na takich, z których da się wyczarować obiad na dwa dni. Jednak mam nowe perełki, choćby sernik dyniowy czy też makaron z pieczonym kalafiorem (boski!). Nie wszystko dało się uwiecznić na fotografii, bo już światło nie te (a prawda taka, że zniknęło raz-dwa i za szybko...).

Tym razem mam dla Was coś, co robiłam już wiele razy i za każdym razem wzdychałam z zachwytu i biegłam do kuchni po dokładkę: boskie curry ;) Ale wcześniej, kilka słów o książce, którą otrzymałam do przeczytania od Wydawnictwa Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Ch...owa Pani Domu" Magdalena Kostyszyn

Jeśli Facebook jest Wam nieobcy, to z pewnością kojarzycie profil zwany "Chujowa Pani Domu". Prowadzi go Magdalena Kostyszyn, znana niektórym również jako autorka bloga Venila Kostis, a czytelniczkom WO, jako zwyciężczyni plebiscytu "Superbohaterka Wysokich Obcasów 2015". Całkiem niedawno pojawiła się w księgarniach jej książka.

"Ch...owa Pani Domu" to odpowiedź na bycie Perfekcyjną Panią Domu, którą oczywiście nie da się być (przynajmniej nie tak łatwo, będąc kobietą pracującą na pełen etat, matką, żoną i kim tam się da jeszcze). Perfekcyjność męczy, a dążenie do niej sprawia, że czujemy się sfrustrowane i gorsze. Oglądamy te wszystkie programy o byciu boginią domową i coś zaczyna nas gnieść i uwierać, że my chyba takie nie jesteśmy.... Zatem Magda poprzez swoją książkę, chce nas przekonać, że nie ma nic złego w tym, że perfekcyjne nie jesteśmy. Żeby się w tym utwierdzić, mamy do przeczytania aż siedem rozdziałów.

Jest śmiesznie, pozytywnie i chwilami odmóżdżająco. Przytaczane scenki z szarej codzienności przypominają dokładnie to, co przydarzało się także i mojej osobie. Ileż razy czytając jakiś fragment, myślałam sobie: "Ha! też tak miałam!" ;)

Mogłabym tu przytoczyć kilka cytatów, ale nie zrobię tego z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że musiałabym przepisać tutaj sporą część książki. Drugi powód: nie byłoby wtedy sensu, żebyście sami sięgnęli po tę lekturę, bo większość znalazłaby się na moim blogu.

Jest jednak coś, co MUSZĘ zacytować:

"Jak dotrzeć do tych kobiet i jak im powiedzieć, że za wywoskowaną podłogę nie idzie się do nieba? Jak wytłumaczyć, że one nic nie muszą? Śni się jednej z drugą, że zostały twarzą garnków. I na co to komu?

Osobiście wyznaję filozofię bycia szczęśliwym we własnym domu. Nie pozwalam, żeby pod meblami i fotelami rozmnażały się koty, ale też nie dostaję kota na widok nieumytych okien. Nie znoszę prasować, tak więc opracowałam autorską metodę strzepywania ubrań tuż przed ich wysuszeniem, przez co rykoszetem żelazko wyzionęło ducha i spoczęło na cmentarzysku piwnicznych osobowości, obok tostera i maszyny do szycia."

Polecam :)

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: curry z kurczakiem, fasolką i pomidorem

Cudownie szybkie i smaczne, curry idealne na jesienny obiad lub kolację. Dobrze przyprawione rozgrzewającymi orientalnymi przyprawami, z dodatkiem pomidora, fasolki, kurczaka, a wszystko to pięknie utaplane w sosie na bazie mleka kokosowego. Jeśli ktoś mięsa nie jada, może oczywiście pominąć kurczaka ;)

Przepis znalazłam tutaj - klik.

Składniki:

pierś z kurczaka

1/2 łyżeczki mielonej kolendry

1 łyżeczka kurkumy w proszku

1/3 łyżeczki chili w proszku

2 łyżki oleju roślinnego

3 cm kawałek imbiru

2 ząbki czosnku

1/3 cebuli

opcjonalnie: 4 liście limonki kafir

200 ml mleka kokosowego

mała puszka fasoli (lub kukurydzy)

1 pomidor

1 łyżeczka musztardy francuskiej

2 łyżki soku z limonki

1 łyżeczka cukru trzcinowego

Przygotowanie:

  • Pierś kurczaka oczyszczam z błonek i kostek, kroję w kosteczkę. Doprawiam solą, kolendrą, kurkumą, chili w proszku i mieszam z 1 łyżką oleju.
  • Obrany imbir, czosnek i cebulę ścieram na tarce. Dodaję 1-2 łyżki wody i mieszam. Na patelnię wlewam drugą łyżkę oleju, dodaję powstałą pastę i chwilę podsmażam.
  • Dodaję kurczaka i (opcjonalnie) liście limonki kafir, obsmażam przez około 5 minut mieszając co chwilę. Wlewam 1/2 szklanki wody (możne być woda z gotującego się ryżu) i zagotowuję.
  • Wlewam mleko kokosowe i gotuję przez około 10 minut. Dodaję fasolkę z puszki, następnie obrane i pokrojone w kostkę pomidory i gotuję przez około 5 minut.
  • Dodaję musztardę, sok z limonki oraz cukier, gotuję jeszcze 1-2 minuty, doprawiam w razie potrzeby solą. Podaję z ryżem i kolendrą.
poniedziałek, 19 września 2016
Wrześniowo (ciasto kalafiorowe z tuńczykiem i czarnymi oliwkami)

Ostatnie dni niosą wiele rozczarowań: słowa, ludzie, sytuacje... Staram się myślami nie grzebać w tym wszystkim za bardzo, bo w zasadzie nie ma to chyba większego sensu... Łatwo jednak nie jest.

Staram się chwytać tych przyjemniejszych chwil i wspomnień. Trochę ich jest, więc stają się moim wsparciem z szarawą codziennością. Sobotnie spotkanie z A. pozytywnie mnie naładowało (mimo niełatwych tematów). Dobrze jest się przed kimś otworzyć i dobrze jest być obdarzonym zaufaniem i wysłuchać tego, co ktoś ma głęboko w sercu...

Kulinarnie: ciasto kalafiorowe z tuńczykiem i czarnymi oliwkami. Kremowe, delikatne i dość lekkie. Z dodatkiem sosu lub sałatki, dobrze sprawdzi się jako danie główne, a w mniejszych porcjach może być świetną przystawką.

Jest jednak coś, co zmieniłabym w tej potrawie, jeśli miałabym ją robić ponownie. Przede wszystkim doprawianie: więcej pieprzu, do tego może papryka chili? Wolałabym żeby nawet bez dodatku sosu, była bardziej wyrazista. Dodałabym też więcej czarnych oliwek, bo gdzieś tam się pogubiły w cieście.

Ilość ciasta starczyła na wypełnienie pięciu foremek do tartaletek i jednej małej tortownicy.

Przepis pochodzi z wrześniowego numeru magazynu "Kuchnia".

Składniki:

500 g kalafiora

220 g tuńczyka w sosie własnym

200 g twarożku śmietankowego

3 jajka

łyżka posiekanych czarnych oliwek

posiekana łyżka estragonu (u mnie łyżeczka suszonego)

sól, pieprz

łyżka przecieru pomidorowego - opcjonalnie

Przygotowanie:

  • Kalafior dzielę na różyczki, wkładam do osolonego wrzątku i gotuję ok. 10 minut na półtwardo. Odcedzam i lekko studzę.
  • Do ugotowanego kalafiora dodaję osączonego tuńczyka i miksuję. Następnie dodaję twarożek, jajka, posiekane oliwki, estragon, przecier pomidorowy (jeśli go używamy) i dokładnie mieszamy.
  • Doprawiam do smaku solą i pieprzem.
  • Ciasto przekładam do małej tortownicy i foremek na tartaletki. Piekę w piekarniku nagrzanym do 180 stopni C i piekę 35-45 minut (tortownica); 25 minut (tartaletki).
  • Ciasto podaję ciepłe, z dodatkiem ostro przyprawionego sosu pomidorowego.

niedziela, 04 września 2016
Bywało lepiej (na pocieszenie: sernik jagodowy w białej czekoladzie)

Zdecydowanie bywały kiedyś lepsze dni. Myśli męczą ostatnio bardziej niż zazwyczaj. Tematyka - skrajnie różna. I gdyby tylko była możliwość choć chwilowego ich wyłączenia, byłabym szczęśliwa. Niestety, tak dobrze nie ma... Trwam zatem w tym dziwnym stanie, kiedy szczęście to zaledwie ulotne chwile, a i one naznaczone są jakąś dziwną niepewnością.

Próbuję w międzyczasie jakoś funkcjonować. Trwam póki co w postanowieniu dbania o siebie - ćwiczę, nawet regularnie. Myślę o poprawieniu swojej diety - z tym jednak gorzej, bo jem wszystko co wpadnie w ręce... Jednak, jakby nie patrzeć, w moim przypadku to i tak duży krok naprzód. Powinnam jeszcze zająć się swoimi sprawami związanymi ze zdrowiem, ale zupełnie odpuściłam i nie mogę się zebrać, żeby się tym zająć... Nawet już nie wiem, czy chcę.

W pamięci zaś kilka pięknych chwil, a do tego niesamowicie energetyczne piątkowe spotkanie z koleżankami. Dużo poruszających historii, spora dawka śmiechu, dobrego jedzenia, muzyki i pozytywnej energii... Oby więcej takich spotkań.

Chociaż czuć już powoli jesień, to warto zajadać się tym, co nadal przypomina lato. Tym razem jest to sernik na zimno: intensywnie fioletowy od jagód, słodki i kremowy, z pyszną polewą czekoladowo-jogurtową (w oryginale była nieco inna receptura na polewę, ja jednak wykorzystałam sprawdzoną wielokrotnie polewę z dodatkiem jogurtu).

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

Spód:

170 g kruchych herbatników maślanych

70 g roztopionego masła

Masa sernikowa:

2 galaretki jagodowe

1/4 szklanki cukru

350 g jagód + do dekoracji

300 g serka homogenizowanego

250 g ricotty

250 ml śmietanki kremówki 30 % (zimnej)

Polewa:

60 g białej czekolady

2-3 łyżki jogurtu naturalnego

listki mięty do dekoracji

Przygotowanie:

  • Dno tortownicy o średnicy ok. 24 cm wykładam zmiksowanymi na proszek ciastkami, wymieszanymi z roztopionym masłem, ugniatam i dokładnie uklepuję.
  • Galaretki wsypuję do wrzącej wody w ilości 250 ml, odstawiam z ognia, dokładnie rozpuszczam, dodaję cukier.
  • Jagody płukam pod wodą, a następnie miksuję blenderem (ale niezbyt dokładnie, aby pozostały kawałeczki owoców). Dodaję do galaretek, mieszam i studzę.
  • Miksuję serek homogenizowany razem z ricottą i dodaję je do ostudzonej masy jagodowej, mieszam.
  • Zimną śmietanę ubijam na sztywną pianę, dodaję do masy jagodowo-serowej i wylewam na spód z ciastek, wstawiam do lodówki do stężenia, na około 3 godziny lub na całą noc.
  • Po stężeniu obkrajam nożem wkoło tortownicy, zdejmuję obręcz i polewam polewą: roztapiam białą czekoladę, dodaję jogurt i mieszam
  • Wstawiam do lodówki na pół godziny aby polewa stężała. Posypuję świeżymi jagodami i dekoruję miętą. Deser przechowuję w lodówce.



KONTAKT



Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...