RSS
sobota, 22 kwietnia 2017
Co u mnie i cała reszta ("Czas burzy" i ajuwerdyjskie ciasteczka owsiane)

Święta minęły błyskawicznie. Może to i lepiej? Pogoda nie dopisała, padał śnieg, chwilami deszcz, było zimno i jakoś niespecjalnie chciało się wychodzić na dłuższe spacery... Jedyne co cieszyło, to spotkanie z Rodzicami, bliskimi, wspólne rozmowy, pyszne jedzenie i domowe ciepło. Poza tym, cały "właściwy" aspekt Świąt i celebrowanie Zmartwychwstania, był gdzieś obok mnie... Trochę mi żal, trochę nie. Jak byłam pogubiona, tak dalej jestem.

Wiosna nie rozpieszcza. Było zaledwie kilka przyjemnych dni, reszta bardziej przypomina jesień lub wczesne przedwiośnie. Mogłabym nie wychodzić spod koca. Też tak macie? Niestety nie ma tak dobrze, trzeba wstać rano, iść do pracy i podejmować działania, by jako-tako wyglądały te dni. Nie jest łatwo niestety, mimo najlepszych chęci. Zdrowie coś nie bardzo dopisuje, wracają moje koszmary z przeszłości i związane z tym obawy i lęki. Czasem trudno skupić myśli na czymkolwiek innym, kiedy w głowie jak echo powtarza się jedno straszne słowo :( No nie jest lekko.

Dzień urodzin minął zaskakująco dobrze. Pamiętali Ci co powinni (hmm, a raczej Ci, którzy po prostu mają mnie w sercu). To miłe, kiedy obdarowują mnie ciepłymi słowami i upominkami tak bardzo osobistymi, mającymi ze mną wiele wspólnego. To o czymś świadczy i cieszę się, że mam takie osoby obok siebie....

Kończąc moje smęcenie, zapraszam na krótką recenzję książki i przepis na ciacha :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Czas burzy" Adrian Grzegorzewski

"Czas burzy" to kontynuacja losów bohaterów "Czasu tęsknoty". Przyznaję, że nie czytałam pierwszej części. Na szczęście, nie jest to problemem podczas czytania jedynie jej kontynuacji, bo wcześniejsze wydarzenia są przypominane w trakcie czytania lektury. Dzięki temu wiemy pokrótce, co się wydarzyło w pierwszej części książki.

Czytając opis z tyłu okładki, spodziewałam się typowej, wyciskające łzy historii miłosnej i trochę się tego obawiałam. Na szczęście tematyka uczucia w czasach wojny nie była dominująca. Dużo w tej powieści historii, ale nie nudnej, nie przepełnionej suchymi faktami i datami, z jakimi często mieliśmy do czynienia na lekcjach historii. W książce dużo się dzieje, a wojnę i jej okrucieństwo poznajemy przez doświadczenia zwykłych ludzi. Podczas czytania, przychodzi refleksja, że gdybyśmy urodzili się w tamtych czasach, musielibyśmy żyć tak jak oni: przeżywać wojnę na co dzień, walczyć o przetrwanie, o bliskich, o ojczyznę, podejmować decyzje, które mogłyby się często okazać dramatyczne w skutkach...

Bardzo spodobał mi się sposób przedstawienia przez autora postaci kobiecych. Marta i Swieta, to silne kobiety, które w wojennej rzeczywistości musiały wiele przejść i znaleźć w sobie wiele siły, by walczyć o każdy dzień.

"Czas burzy" to książka, której nie czyta się lekko i przyjemnie. Opisuje bowiem trudny i bolesny temat rzeczywistości wojennej. Jednak warto po nią sięgnąć, bo jest to wartościowa pozycja. 

Na koniec dodam tylko, że szukając informacji o autorze, natrafiłam na jego wywiad na jednym z portali internetowych. Co prawda dotyczył jego pierwszej książki, ale równie dobrze, może opisywać "Czas burzy":

"(...)historia miłości Swiety i Piotra jest niezwykle istotna! Najważniejsza. Przecież o to właśnie chodzi, żeby to, co w nas najlepsze, zwyciężało w konfrontacji z najgorszą nawet rzeczywistością. Jednocześnie moja powieść nasycona jest historią i opisem wojennej rzeczywistości na tyle, że nie sposób pominąć tego wątku czytając książkę. Starałem się znaleźć w tym wszystkim równowagę tak, żeby nie spłycić tego, co chcę przekazać na temat wojny i wydarzeń z nią związanych, a jednocześnie, aby na śmierć nie zanudzić nadmiernymi szczegółami(...)". 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: ajuwerdyjskie ciasteczka owsiane

Zdrowe ciasteczka istnieją ;) W jednym z numerów "Urody życia", Agnieszka Maciąg podała przepis na tzw. ajuwerdyjskie ciasteczka owsiane. Poza tym, że są zdrowe, to dodatkowo smakują, a nawet lekko "zaspokajają" pierwsze ssanie w żołądku. Idealne do chrupania przy pysznej herbacie. Robi się je bardzo szybko, co jest dużym plusem. Jeśli mamy tylko wszystkie składniki, możemy zabrać się za pieczenie, by za chwilę cieszyć się smakiem ciasteczek. Polecam :)

Składniki:

1 szklanka mąki owsianej

1,5 szklanki płatków owsianych

1/2 lub 3/4 drobnego cukru trzcinowego

1/2 szklanki masła klarowanego

1 jajko (dla wegan: 2-3 łyżki musu jabłkowego)

płaska łyżeczka sody oczyszczonej

szczypta soli himalajskiej

łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii

łyżeczka cynamonu

szczypta mielonego imbiru

1/4 łyżeczki mielonych goździków

1/2 szklanki rodzynek

1/2 szklanki pestek słonecznika

1/4 szklanki suszonej żurawiny (bez cukru i słodzików)

2 łyżki ekologicznej skórki pomarańczy

Przygotowanie:

  • Ucieram masło z cukrem trzcinowym, dodaję lekko roztrzepane jajko, cynamon, goździki, imbir i sodę oczyszczoną.
  • Dodaję mąkę owsianą, płatki owsiane i pozostałe składniki. Dokładnie mieszam całość.
  • Łyżką stołową lub lekko mokrymi dłońmi formuję płaskie ciasteczka, układam je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując między nimi odstępy, żeby podczas pieczenia się nie skleiły.
  • Piekę je 15 minut w piekarniku nagrzanym do 190 stopni C.
  • Po wyjęciu z piekarnika odstawiam, aby ostygły.

środa, 05 kwietnia 2017
Książkowo i kulinarnie ("W kręgu księżniczki"; podwójne brownie z sosem butterscotch)

Dzisiejszy wpis nie odbiega zbytnio od poprzednich. A zatem, znów kilka słów na temat przeczytanej przeze mnie książki oraz przepis, który przetestowałam i którym chętnie się z Wami podzielę. Miłej lektury :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "W kręgu księżniczki" Jean Sasson

Z twórczością Jean Sasson miałam styczność  już wcześniej („Wybór Jasminy” – pisałam o niej tutaj). Sięgając zatem po kolejną książkę pisarki, „W kręgu księżniczki”, spodziewałam się równie dobrej literatury. Zwłaszcza, że książka opisywana była, jako prawdziwa opowieść o saudyjskiej księżniczce Sułtanie, która „odważyła się wyłamać drzwi złotej klatki”.

Księżniczka Sułtana ma właściwie wszystko co potrzebne, by być szczęśliwą: męża, którego kocha z wzajemnością, dzieci, dobre zdrowie, życie w luksusie, możliwość wypadów na zakupy do metropolii całego świata oraz wszystko czego sobie tylko zażyczy. Bajka, prawda?  Tak naprawdę jednak, życie Sułtany przypomina los ptaka zamkniętego w złotej klatce. Jako osoba, a w zasadzie jako kobieta, nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Pojęcie słowa wolność lub wolny wybór, pozostają w sferze jej niedoścignionych pragnień. Księżniczka musi być podporządkowana mężowi i jego woli oraz prawu szariatu.

Owszem, inne kobiety mają znacznie gorzej niż Sułtana. Mężowie traktują często swoje żony jak służące lub niewolnice seksualne, do tego często je maltretują fizycznie i psychicznie. Właśnie ten gorszy los kobiet Sułtana zaczyna coraz bardziej dostrzegać i mocno przeżywać. To co słyszy w opowieściach spotykanych na swojej drodze kobiet, dopełnia tym, co sama widzi w swoim najbliższym otoczeniu (córka zmuszona przez ojca do małżeństwa z jego przyjacielem, dużo starszym i przerażającym człowiekiem; młodziutka służąca brutalnie zgwałcona przez młodych mężczyzn; prywatny harem z kobietami, które przetrzymywane są tam wbrew swojej woli, ale (co jest przerażające!) zostały tam sprzedane przez swoją rodzinę). Księżniczka wielokrotnie stara się pomóc, ale nie przynosi to zbyt wielu efektów. Blokowana przez wszechmogących mężczyzn, często przegrywa swoje „walki”.  Nie chce jednak ustawać w swoich działaniach, robiąc co może. Tworzy z innymi kobietami tzw. krąg księżniczki, aby wraz z bliskimi jej kobietami, nieść  pomoc innym kobietom.

Książka napisana jest prostym językiem i mimo poruszanych w niej trudnych tematów, czyta się ją bardzo szybko.  Osobiście, czuję jednak niedosyt  tego, że sam wątek próby „wyrwania się ze złotej klatki” jest poruszony na samym końcu, w bardzo marginalnym zakresie, bez wchodzenia w szczegóły. Ciekawi mnie, co było dalej, czy Sułtanie udało się uczynić coś więcej, czy może jednak krąg księżniczki był jedynie krótkim epizodem w jej życiu.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: podwójnie czekoladowe brownie z sosem butterscotch

Brownie, które jest gęste, wilgotne, słodkie, ale z wyczuwalną nutką słonego smaku, to dla mnie brownie idealne. Nie jest do tego zbyt skomplikowane, jeśli chodzi o przygotowanie, a więc kolejny plus. Zdecydowanie wpisuje się w kanon przepisów, do których będę wracać. Przepis zaś znalazłam w książce "What Katie Ate. Weekend Katie", autorstwa Katie Quinn Davies.

Składniki:

110 g masła, roztopionego i nieco schłodzonego

1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

1/2 szklanki cukru pudru

3 jajka

3/4 szklanki mąki pszennej

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

1/2 szklanki kakao w proszku

2 łyżki mleka

100 g dobrej jakości gorzkiej czekolady, drobno posiekanej

250 g wiśni ze słoika, dobrze odsączonych, bez pestek

cukier puder do posypania

Słony sos butterscotch:

2/3 szklanki brązowego cukru

1 szklanka śmietany kremówki

75 g masła pokrojonego w kostkę

1/4 łyżeczki soli

Przygotowanie:

  • Rozgrzewam piekarnik do 180 stopni C z termoobiegiem. Formę o wymiarach 28 cm x 18 cm x 3 cm wykładam papierem do pieczenia.
  • Sos: umieszczam wszystkie składniki w rondelku i doprowadzam do wrzenia, często mieszając. Zmniejszam moc palnika i gotuję sos przez 15-20 minut, aż zgęstnieje i stanie się gładki. Odstawiam do ostygnięcia.
  • Do miski wlewam roztopione masło i ekstrakt waniliowy, dodaję cukier puder, wbijam jajka i mieszam. Do masy przesiewam mąkę, proszek do pieczenia oraz kakao. Mieszam drewnianą łyżką, aż składniki się połączą.
  • Do ciasta dodaję mleko, mieszam i dodaje czekoladę i wiśnie. Delikatnie mieszam całość.
  • Połowę ciasta przekładam do formy i wygładzam wierzch. Nakładam sos i przykrywam resztą ciasta. Sos podczas nakładania wtopi się nieco w ciasto, może też powylewać się na boki. Nie ma się co tym przejmować, ale starać się jak najlepiej rozłożyć sos.
  • Ciasto wkładam do nagrzanego piekarnika i piekę 35-40 minut (u mnie ok. 10 minut dłużej). Ważne, żeby ciasto było dobrze upieczone w środku, a z wierzchu lekko popękane.
  • Po wyjęciu z piekarnika pozostawiam ciasto w formie do całkowitego ostygnięcia. Przed podaniem posypuję cukrem pudrem i kroję na kwadratowe porcje.
niedziela, 19 marca 2017
Książkowo i kulinarnie: "Rodzina O." i czekoladowy sernik z polewą z solonego karmelu

Rośnie mój stosik książek do przeczytania. Mimo to wciąż dokonuję zakupów nowych pozycji. Tak już mam: nie potrafię się oprzeć, żeby nie kupić jakiegoś okazu, mimo iż jeszcze mam co  czytać. Oczywiście powody do kupna znajdują się same: bo promocja, bo zawsze chciałam ją przeczytać i mieć na swoim regale, bo okładka (tak, wiem jak to brzmi), bo ktoś bardzo polecał, bo wiem że do niej wrócę nie raz (w tym przypadku prym wiodą kulinarne)... Myślę, że mogą to zrozumieć tylko inne mole książkowe ;)

Dziś za to chcę się z Wami podzielić opinią na temat przeczytanej przeze mnie ostatnio książki. Jest to pozycja, którą mogę szczerze polecić. A że nie samymi książkami żyję, podaję przepis na smaczny i szybki czekoladowy sernik. Zapraszam :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Rodzina O." Ewa Modeyska

Dawno nie czytałam tak dobrej powieści. Ciężko mi się było od niej oderwać, wciąż chciałam wiedzieć, co będzie dalej. A zatem przewracałam kartkę za kartką i zaczytywałam się każdym nowym rozdziałem.

W książce przewija się wiele tematów: miłość, zdrada, powołanie, życiowe wybory, a przede wszystkim rodzina. A ta, którą poznajemy w powieści, do idealnych nie należy. Jest babcia Helena, jej syn Tadeusz i jego żona Barbara oraz dwóch synów - Paweł i Andrzej. Wokół nich przewijają się pozostali bohaterowie (kochanki, współpracownicy, koledzy, wrogowie), którzy zajmują w ich życiu miejsce mniej lub bardziej ważne. Wszystko to osadzone jest na przełomie 1968 i 1969 roku, w miasteczku o nazwie Bolegoszcz (gdzie wszyscy wiedzą o sobie wszystko).

Autorka przedstawia nam swoich bohaterów w sposób niejednoznaczny. Nikt tu nie jest ani dobry ani zły. Z udostępnionych nam informacji, możemy jedynie próbować wyrobić sobie jakąś opinię na ich temat. Jednak zawsze w którymś momencie, pojawia się jakieś "ale". Mimo to, jedno można przyznać rodzinie Opolskich: potrafi się zjednoczyć w trudnych chwilach i pomóc sobie mimo wcześniejszych urazów, jakie sobie zadali.

Książkę czytało mi się naprawdę szybko, podobał mi się styl pisania autorki. Potrafiła wpleść sporo akcentów humorystycznych, nawet jeśli były opisywane trudne sprawy. Bohaterów nie pozwoliła nam poznać do końca, bo w każdym z nich pozostały pewne niedopowiedzenia i odrobina tajemnicy.

Kolejna rzecz, która bardzo mi się podobała, to wielowątkowość (ale bez poczucia zagubienia czytelnika). Dużo się dzieje, wątki łączą się ze sobą w poszczególnych rozdziałach, a my mamy wrażenie, że z każdą przeczytaną stroną wiemy nieco więcej...

"Rodzina O." określona została jako serial literacki. Można ją spokojnie nazwać sagą rodzinną, której losy osadzone zostały w trudnych politycznie dla kraju i Polaków czasach. Dużo tajemnic, zagadek, emocji, zawirowań rodzinnych. Do tego zakończenie, które tylko wzmaga apetyt na kolejną część książki.

Ogromnie polecam, a za możliwość przeczytania "Rodziny O." dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: czekoladowy sernik bez pieczenia, z polewą z solonego karmelu

Taki sernik, to idealny pomysł na deser dla zabieganych. Robi się go bardzo szybko, z niedużej liczby składników (jedyne co się dłuży, to czas oczekiwania aż się schłodzi; o tym warto pamiętać zanim zaczniemy go robić). Jest pyszny, kremowy, a słodki smak miesza się z lekko słoną polewą karmelową...

Przepis znalazłam tutaj. Natomiast przepis na solony karmel co prawda podaję poniżej, ale już dawniej wykorzystałam go do polania pysznego brownie, na który przepis możecie zobaczyć tutaj.

Składniki:

Spód:

200 g kruchych ciastek

4 łyżki masła

Masa:

1 kg twarogu sernikowego

400 g czekolady deserowej

1 szklanka cukru pudru

Polewa:

200 g cukru

90 g niesolonego masła

120 ml śmietanki 30 %

pół łyżeczki soli

Przygotowanie:

  • Spód: ciasteczka kruszę (w melakserze albo tłuczkiem w misce lub zawiązanym woreczku foliowym). Dodaję roztopione masło i miksuję aż składniki dokładnie się połączą. Ciasteczkami wykładam spód i (jeśli się da) 2 cm boków tortownicy o średnicy 25 cm, uklepuję i wstawiam do lodówki.
  • Masa: twaróg sernikowy wyjmuję wcześniej z lodówki, przekładam do miski i ogrzewam do temperatury pokojowej. Mieszam z cukrem pudrem. Czekoladę łamię na kosteczki i roztapiam w rondelku, odstawiam do przestudzenia. Następnie łączę z serem np. do czekolady dodaję po 2 - 3 łyżki sera cały czas mieszając, aż na koniec uzyskuję gładką masę. Powstałą masę wykładam na spód z ciasteczek i wstawiam do lodówki na ok. 3 godziny aż masa zesztywnieje.
  • Polewa: do rondelka wsypuję cukier, podgrzewam go na średnim ogniu, ciągle mieszając. Cukier zacznie się zbrylać, aż wreszcie się rozpuści i nabierze złotobrązowego koloru. Ostrożnie dodaję masło - karmel zacznie się mocno pienić (należy wtedy uważać). Mieszam, aż masło się rozpuści, po czym wlewam śmietankę. Gotuję całość 1 minutę. Dodaję sól, mieszam. Kiedy karmel się przestudzi, polewam nim schłodzony wcześniej sernik.
sobota, 11 marca 2017
Potrzeba wyciszenia ("Życie pasterza"; makaron z pieczonym kalafiorem)

Dużo się działo ostatnio i jak zwykle przeplatało się dobro ze złem. Zastanawiam się, czy statystyki nie sprzyjały jednak tym gorszym chwilom...? Mimo wszystko, podnoszę po wielokrotnym upadaniu i idę dalej do przodu. Nie wiem, co przyniesie przyszłość i los, ale nie zamierzam stać w miejscu...

Dzień Kobiet. Podobała mi się inicjatywa solidarnego wyjścia kobiet na ulicę, pokazania naszej siły, wspólnoty, tego że nie damy decydować innym o sobie, o naszym ciele i życiu. Były też jednak akcenty, które nie do końca mi się podobały... Trafione w temacie są za to ilustracje Marty Frej - klik - zobaczcie sami. Re-we-la-cja. Ja zaś spędziłam ten dzień z pewną dobrą duszyczką. Dużo rozmów, zwierzeń i tzw. siły sióstr (choć tak naprawdę nie łączą nas więzy krwi).

No dobrze, tyle na dziś. Zapraszam Was jeszcze na moją subiektywną recenzję książki i przepis na pyszny i nieco uzależniający smakiem makaron z pieczonym kalafiorem serwowanym przez Sprouted Kitchen (przepis delikatnie przeze mnie zmieniony).

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Życie pasterza. Opowieść z Krainy Jezior" James Rebanks

"Życie pasterza" to dość specyficzna książka. Autor przedstawia w niej dużo wspomnień z dzieciństwa, wymienia osoby które wywarły na niego duży wpływ (wielokrotnie wspominany dziadek), opisuje tradycje związane z miejscem, w którym się urodził i żyje. Wiele razy podkreśla, jak ważne są więzi rodzinne, a także jak istotne jest ich pielęgnowanie. To jest w tej książce plusem. Równie ciekawie czytało się fragmenty, w których autor opisuje otaczającą go przyrodę, czas studiów na Oksfordzie oraz kiedy odnajduje radość z czytania książek.

Właściwie to by było na tyle, jeśli chodzi o to, co mi się w niej podobało. Czytanie większej części książki niestety nie było dla mnie przyjemnością i naprawdę byłam zdziwiona, kiedy na opisie z tyłu okładki, przeczytałam że książka stała się wydarzeniem literackim i bestsellerem w kilku krajach. Nie twierdzę, że jest to słaba pozycja, ale chyba nie do końca trafiła w moje oczekiwania. Zwłaszcza, że spodziewałam się czegoś w stylu książki "W syberyjskich lasach" Tessona.

Zdecydowanie za dużo było w książce o owcach. Owszem, rozumiem że życie autora i jego rodziny, w której owce hodowano od wieków, to istotna część życia. Czasem jednak miałam wrażenie, że jest to poradnik o owcach dla hodowców połączony z leksykonem. Poza tym, pewne przemyślenia autora i historie były przydługie, monotonne i nie wnoszące zbyt wiele do książki.

"Życie pasterza" spodoba się tym, którzy szukają wyciszenia i ucieczki z głośnego i stresującego życia w mieście w lekturę o prostym życiu w Krainie Jezior. Dla zainteresowanych, premiera książki jest planowana na 29 marca.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: makaron z pieczonym kalafiorem

Pyszny, kremowy i uzależniający. Idealnie komponuje się z kieliszkiem dobrego wytrawnego wina. Każdy kęs, to kulinarna rozkosz. Ciężko to wszystko opisać słowami... Pierwszy raz robiłam to danie zeszłej jesieni (stąd liść na zdjęciach). Jest to jednak danie, które wpisało się w kanon regularnie robionych przeze mnie potraw. Sprawdzone, syte i smaczne. Dodam jeszcze tylko, że zamiast zwykłego makaronu do spaghetti, warto użyć tzw. makaronu bucatini. Danie wydawało mi się dzięki niemu bardziej kompletne. Odgrzewane na drugi dzień, nie traci na smaku, wręcz przeciwnie. Polecam.

Składniki:

1 duży kalafior

3 łyżki oleju/oliwy

łyżeczka wędzonej papryki

świeżo starta gałka muszkatołowa; sól; pieprz; świeże listki tymianku - ilość wg upodobania

----

ok. 250 g makaronu spaghetti lub bucatini

2-3 kopiaste łyżki mascarpone

1 łyżka masła

2 łyżki startego parmezanu

skórka starta z jednej cytryny

sól i pieprz do smaku

-----

pół szklanki bułki tartej

1-2 łyżki masła

1 ząbek czosnku, zmiażdżony

1 łyżka startego parmezanu

świeże oregano i starty parmezan - do smaku

Przygotowanie:

  • Rozgrzewam piekarnik do 215 stopni C (bez termoobiegu). Na blasze wyłożonej papierem do pieczenia rozkładam kalafiora podzielonego na różyczki. Polewam je olejem, posypuję wędzoną papryką, gałką, solą i pieprzem. Dokładnie mieszam całość, aby przyprawy pokryły kalafiora. Można dodać więcej oleju, jeśli będzie taka potrzeba. Piekę go ok. 30 minut, ale w połowie czasu pieczenia, mieszam kalafiorowe różyczki (pod koniec pieczenia zaś włączam termoobieg). Kalafior będzie najsmaczniejszy, gdy będzie miękki i złoto-brązowy. Po upieczeniu posypuję go świeżym tymiankiem i odstawiam w ciepłe miejsce.
  • Na głębokiej patelni rozpuszczam masło, a po chwili wsypuję bułkę tartą i zmiażdżony czosnek. Podsmażam około 2 minut. Dodaję parmezan, sól i pieprz, mieszam całość i podsmażam około 1 minuty. Odstawiam na bok.
  • W dużym garnku gotuję makaron zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Odlewam sobie niepełną szklankę wody z gotowania. Makaron odcedzam, przerzucam z powrotem do garnka, wlewam wodę, dodaję mascarpone, skórkę z cytryny, masło, parmezan. Mieszam wszystko razem i przekładam do patelni z bułką tartą. Mieszam aż składniki się połączą. Na końcu dodaję pieczonego kalafiora, delikatnie mieszam. Posypuję parmezanem i oregano.
niedziela, 26 lutego 2017
Lutowe myśli ("Potęga kiedy" i pieczone pączki)

Luty krótki, ale sporo się w nim zdążyło wydarzyć. Przemieszały się zatem nawzajem plusy z minusami. Takie jest już życie i trzeba się z tym pogodzić i umieć żyć. Podjęłam pewne decyzje, co do których nie mam wątpliwości, cieszę się nimi, a zdanie innych (różne od mojego) mnie nie męczy. Wiem, czego chcę i choć czasem się boję, dążę do mojego szczęścia...

Kiedyś się przejmowałam tym, co powiedzą inni, co pomyślą, jak mnie odbiorą, jak zareagują na moje decyzje. Dziś staram się myśleć nie tylko o innych, ale i o sobie. Zdrowy egoizm jest potrzebny, żeby nie zwariować. Powoli wszystko zaczyna się układać w mojej głowie, jestem odważniejsza, bardziej pewna siebie i swoich decyzji. Niech ten stan trwa i rozwija się we mnie... Tego możecie mi życzyć :)

Książkowo: "Potęga kiedy" Michael Breus

Tak zwany zegar biologiczny zastąpiłam dawno społecznym. Choć może ładnie to brzmi, to ładne wcale nie jest. Życie jest jakie jest, mam określone pory wstawania, które odbiegają od tzw. normalności. Niestety, choćby do pracy muszę dojechać na konkretną, wczesną godzinę. A zatem: praca, obowiązki domowe, hobby, życie towarzyskie - wszystko to funkcjonuje na zasadzie wpasowywania się. Nie narzekam, jakoś daję radę, ale wiem, że mogłoby być lepiej, gdyby choć część z tych spraw dało się podporządkować pod typ, jakim jestem. Nie mówię tu o sowach i skowronkach, a o typach, o których dowiedziałam się po przeczytaniu książki doktora Breus'a. 

Na początku książki jest test, który pozwala nam dowiedzieć się, czy jesteśmy delfinem, lwem, niedźwiedziem, czy może jednak wilkiem. Po jego zrobieniu, wyszło że jestem niedźwiedziem, ale po pytaniach dodatkowych, uściślających, jakim typem jestem, okazało się, że jednak jestem delfinem. Faktycznie, chyba mi do niego bliżej, choć wiadomo, że często jesteśmy hybrydami osobowości i pewne cechy się łączą.

Książka jest podzielona na trzy części. W pierwszej jest test i opis poszczególnych chronotypów. Druga część odpowiada na pytanie, kiedy jest najlepsza pora na: zawarcie związku/poznanie kogoś, aktywność fizyczną, zdrowie, sen, jedzenie i picie, pracę, kreatywność, pieniądze i zabawę. Trzecia część jest podsumowaniem, w której autor tłumaczy nam zależność między zegarem biologicznym, a porą roku i wiekiem człowieka. Na samym końcu książki są przedstawione wzorcowe zegary dobowe w postaci grafik, dla każdego chronotypu.

Z pewnością jest to ciekawa lektura. Książę czyta się bardzo szybko. Pewne jej części były dla mnie bardziej interesujące, inne mniej. Traktuję jednak to, co przeczytałam, jako ciekawostkę. Z pewnością niektóre wskazówki spróbuję wpleść w moje codzienne rytuały, ponieważ mogą mi przynieść korzyść. Reszta zaś pozostanie jedynie teorią, ponieważ mimo chęci, nie będę mogła ich zastosować w swoim życiu. 

Książkę polecam, z pewnością wniesie nieco wiedzy i interesujących faktów. Czyta się ją szybko, zwłaszcza niektóre jej bardzo życiowe części ;) Polecam

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: pieczone pączki

Ustalmy jedno: tradycyjne pączki, te smażone na oleju, robione przez mamcię lub kupione w sprawdzonej cukierni, nie mają sobie równych. Te zaś, na które podaję dziś przepis, to w zasadzie alternatywa. Są lżejsze, jakby to niektórzy powiedzieli "fit"/ lub light". Osobiście, sięgnęłam po ten przepis nie dla ich lajtowości, ale ze względów zdrowotnych, kiedy pączki smażone nie wchodziły w grę (menu). Smak mają lekko drożdżówkowy, ale są puchate i smaczne, a o to przecież chodzi. Co prawda tłusty czwartek już za nami, ale kto powiedział, że pączki można jeść raz w roku? ;)

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

Rozczyn: 50 g świeżych drożdży rozrobionych w 1,5 szklanki letniego mleka i 1 łyżeczce cukru (można dodać więcej cukru, jeśli chcemy aby ciasto było słodsze)

500 g mąki pszennej (lub tortowej)

szczypta soli

pół szklanki oleju

gęsta marmolada

cukier puder do posypania pączków

Przygotowanie:

  • Przygotowany rozczyn drożdżowy odstawiam na kwadrans. W tym czasie do miski przesiewam mąkę, dodaję sól i olej. Następnie dodaję rozczyn i wyrabiam całość do czasu, aż uzyskam gładkie ciasto.
  • Przekładam je do miski, przykrywam ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.
  • Wyrośnięte ciasto przekładam na stolnicę oprószoną mąką i rozwałkowuję je (nie za cienko) na kształt prostokąta.
  • Na połowie rozwałkowanego ciasta zaznaczam lekko szklanką (o średnicy ok. 7 cm) kółka, na których następnie układam nadzienie i pozostałą połową placka przykrywam tę górną część. Następnie wycinam szklanką sklejone pączki. 
  • Układam je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykrywam ściereczką i odstawiam do wyrośnięcia na ok. 30 minut.
  • Pączki piekę w piekarniku nagrzanym do 220 stopni C (bez termoobiegu) przez około 10-12 minut.
  • Po wystudzeniu posypuję je cukrem pudrem.


KONTAKT



Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...