RSS
sobota, 11 marca 2017
Potrzeba wyciszenia ("Życie pasterza"; makaron z pieczonym kalafiorem)

Dużo się działo ostatnio i jak zwykle przeplatało się dobro ze złem. Zastanawiam się, czy statystyki nie sprzyjały jednak tym gorszym chwilom...? Mimo wszystko, podnoszę po wielokrotnym upadaniu i idę dalej do przodu. Nie wiem, co przyniesie przyszłość i los, ale nie zamierzam stać w miejscu...

Dzień Kobiet. Podobała mi się inicjatywa solidarnego wyjścia kobiet na ulicę, pokazania naszej siły, wspólnoty, tego że nie damy decydować innym o sobie, o naszym ciele i życiu. Były też jednak akcenty, które nie do końca mi się podobały... Trafione w temacie są za to ilustracje Marty Frej - klik - zobaczcie sami. Re-we-la-cja. Ja zaś spędziłam ten dzień z pewną dobrą duszyczką. Dużo rozmów, zwierzeń i tzw. siły sióstr (choć tak naprawdę nie łączą nas więzy krwi).

No dobrze, tyle na dziś. Zapraszam Was jeszcze na moją subiektywną recenzję książki i przepis na pyszny i nieco uzależniający smakiem makaron z pieczonym kalafiorem serwowanym przez Sprouted Kitchen (przepis delikatnie przeze mnie zmieniony).

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Życie pasterza. Opowieść z Krainy Jezior" James Rebanks

"Życie pasterza" to dość specyficzna książka. Autor przedstawia w niej dużo wspomnień z dzieciństwa, wymienia osoby które wywarły na niego duży wpływ (wielokrotnie wspominany dziadek), opisuje tradycje związane z miejscem, w którym się urodził i żyje. Wiele razy podkreśla, jak ważne są więzi rodzinne, a także jak istotne jest ich pielęgnowanie. To jest w tej książce plusem. Równie ciekawie czytało się fragmenty, w których autor opisuje otaczającą go przyrodę, czas studiów na Oksfordzie oraz kiedy odnajduje radość z czytania książek.

Właściwie to by było na tyle, jeśli chodzi o to, co mi się w niej podobało. Czytanie większej części książki niestety nie było dla mnie przyjemnością i naprawdę byłam zdziwiona, kiedy na opisie z tyłu okładki, przeczytałam że książka stała się wydarzeniem literackim i bestsellerem w kilku krajach. Nie twierdzę, że jest to słaba pozycja, ale chyba nie do końca trafiła w moje oczekiwania. Zwłaszcza, że spodziewałam się czegoś w stylu książki "W syberyjskich lasach" Tessona.

Zdecydowanie za dużo było w książce o owcach. Owszem, rozumiem że życie autora i jego rodziny, w której owce hodowano od wieków, to istotna część życia. Czasem jednak miałam wrażenie, że jest to poradnik o owcach dla hodowców połączony z leksykonem. Poza tym, pewne przemyślenia autora i historie były przydługie, monotonne i nie wnoszące zbyt wiele do książki.

"Życie pasterza" spodoba się tym, którzy szukają wyciszenia i ucieczki z głośnego i stresującego życia w mieście w lekturę o prostym życiu w Krainie Jezior. Dla zainteresowanych, premiera książki jest planowana na 29 marca.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: makaron z pieczonym kalafiorem

Pyszny, kremowy i uzależniający. Idealnie komponuje się z kieliszkiem dobrego wytrawnego wina. Każdy kęs, to kulinarna rozkosz. Ciężko to wszystko opisać słowami... Pierwszy raz robiłam to danie zeszłej jesieni (stąd liść na zdjęciach). Jest to jednak danie, które wpisało się w kanon regularnie robionych przeze mnie potraw. Sprawdzone, syte i smaczne. Dodam jeszcze tylko, że zamiast zwykłego makaronu do spaghetti, warto użyć tzw. makaronu bucatini. Danie wydawało mi się dzięki niemu bardziej kompletne. Odgrzewane na drugi dzień, nie traci na smaku, wręcz przeciwnie. Polecam.

Składniki:

1 duży kalafior

3 łyżki oleju/oliwy

łyżeczka wędzonej papryki

świeżo starta gałka muszkatołowa; sól; pieprz; świeże listki tymianku - ilość wg upodobania

----

ok. 250 g makaronu spaghetti lub bucatini

2-3 kopiaste łyżki mascarpone

1 łyżka masła

2 łyżki startego parmezanu

skórka starta z jednej cytryny

sól i pieprz do smaku

-----

pół szklanki bułki tartej

1-2 łyżki masła

1 ząbek czosnku, zmiażdżony

1 łyżka startego parmezanu

świeże oregano i starty parmezan - do smaku

Przygotowanie:

  • Rozgrzewam piekarnik do 215 stopni C (bez termoobiegu). Na blasze wyłożonej papierem do pieczenia rozkładam kalafiora podzielonego na różyczki. Polewam je olejem, posypuję wędzoną papryką, gałką, solą i pieprzem. Dokładnie mieszam całość, aby przyprawy pokryły kalafiora. Można dodać więcej oleju, jeśli będzie taka potrzeba. Piekę go ok. 30 minut, ale w połowie czasu pieczenia, mieszam kalafiorowe różyczki (pod koniec pieczenia zaś włączam termoobieg). Kalafior będzie najsmaczniejszy, gdy będzie miękki i złoto-brązowy. Po upieczeniu posypuję go świeżym tymiankiem i odstawiam w ciepłe miejsce.
  • Na głębokiej patelni rozpuszczam masło, a po chwili wsypuję bułkę tartą i zmiażdżony czosnek. Podsmażam około 2 minut. Dodaję parmezan, sól i pieprz, mieszam całość i podsmażam około 1 minuty. Odstawiam na bok.
  • W dużym garnku gotuję makaron zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Odlewam sobie niepełną szklankę wody z gotowania. Makaron odcedzam, przerzucam z powrotem do garnka, wlewam wodę, dodaję mascarpone, skórkę z cytryny, masło, parmezan. Mieszam wszystko razem i przekładam do patelni z bułką tartą. Mieszam aż składniki się połączą. Na końcu dodaję pieczonego kalafiora, delikatnie mieszam. Posypuję parmezanem i oregano.
niedziela, 26 lutego 2017
Lutowe myśli ("Potęga kiedy" i pieczone pączki)

Luty krótki, ale sporo się w nim zdążyło wydarzyć. Przemieszały się zatem nawzajem plusy z minusami. Takie jest już życie i trzeba się z tym pogodzić i umieć żyć. Podjęłam pewne decyzje, co do których nie mam wątpliwości, cieszę się nimi, a zdanie innych (różne od mojego) mnie nie męczy. Wiem, czego chcę i choć czasem się boję, dążę do mojego szczęścia...

Kiedyś się przejmowałam tym, co powiedzą inni, co pomyślą, jak mnie odbiorą, jak zareagują na moje decyzje. Dziś staram się myśleć nie tylko o innych, ale i o sobie. Zdrowy egoizm jest potrzebny, żeby nie zwariować. Powoli wszystko zaczyna się układać w mojej głowie, jestem odważniejsza, bardziej pewna siebie i swoich decyzji. Niech ten stan trwa i rozwija się we mnie... Tego możecie mi życzyć :)

Książkowo: "Potęga kiedy" Michael Breus

Tak zwany zegar biologiczny zastąpiłam dawno społecznym. Choć może ładnie to brzmi, to ładne wcale nie jest. Życie jest jakie jest, mam określone pory wstawania, które odbiegają od tzw. normalności. Niestety, choćby do pracy muszę dojechać na konkretną, wczesną godzinę. A zatem: praca, obowiązki domowe, hobby, życie towarzyskie - wszystko to funkcjonuje na zasadzie wpasowywania się. Nie narzekam, jakoś daję radę, ale wiem, że mogłoby być lepiej, gdyby choć część z tych spraw dało się podporządkować pod typ, jakim jestem. Nie mówię tu o sowach i skowronkach, a o typach, o których dowiedziałam się po przeczytaniu książki doktora Breus'a. 

Na początku książki jest test, który pozwala nam dowiedzieć się, czy jesteśmy delfinem, lwem, niedźwiedziem, czy może jednak wilkiem. Po jego zrobieniu, wyszło że jestem niedźwiedziem, ale po pytaniach dodatkowych, uściślających, jakim typem jestem, okazało się, że jednak jestem delfinem. Faktycznie, chyba mi do niego bliżej, choć wiadomo, że często jesteśmy hybrydami osobowości i pewne cechy się łączą.

Książka jest podzielona na trzy części. W pierwszej jest test i opis poszczególnych chronotypów. Druga część odpowiada na pytanie, kiedy jest najlepsza pora na: zawarcie związku/poznanie kogoś, aktywność fizyczną, zdrowie, sen, jedzenie i picie, pracę, kreatywność, pieniądze i zabawę. Trzecia część jest podsumowaniem, w której autor tłumaczy nam zależność między zegarem biologicznym, a porą roku i wiekiem człowieka. Na samym końcu książki są przedstawione wzorcowe zegary dobowe w postaci grafik, dla każdego chronotypu.

Z pewnością jest to ciekawa lektura. Książę czyta się bardzo szybko. Pewne jej części były dla mnie bardziej interesujące, inne mniej. Traktuję jednak to, co przeczytałam, jako ciekawostkę. Z pewnością niektóre wskazówki spróbuję wpleść w moje codzienne rytuały, ponieważ mogą mi przynieść korzyść. Reszta zaś pozostanie jedynie teorią, ponieważ mimo chęci, nie będę mogła ich zastosować w swoim życiu. 

Książkę polecam, z pewnością wniesie nieco wiedzy i interesujących faktów. Czyta się ją szybko, zwłaszcza niektóre jej bardzo życiowe części ;) Polecam

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: pieczone pączki

Ustalmy jedno: tradycyjne pączki, te smażone na oleju, robione przez mamcię lub kupione w sprawdzonej cukierni, nie mają sobie równych. Te zaś, na które podaję dziś przepis, to w zasadzie alternatywa. Są lżejsze, jakby to niektórzy powiedzieli "fit"/ lub light". Osobiście, sięgnęłam po ten przepis nie dla ich lajtowości, ale ze względów zdrowotnych, kiedy pączki smażone nie wchodziły w grę (menu). Smak mają lekko drożdżówkowy, ale są puchate i smaczne, a o to przecież chodzi. Co prawda tłusty czwartek już za nami, ale kto powiedział, że pączki można jeść raz w roku? ;)

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

Rozczyn: 50 g świeżych drożdży rozrobionych w 1,5 szklanki letniego mleka i 1 łyżeczce cukru (można dodać więcej cukru, jeśli chcemy aby ciasto było słodsze)

500 g mąki pszennej (lub tortowej)

szczypta soli

pół szklanki oleju

gęsta marmolada

cukier puder do posypania pączków

Przygotowanie:

  • Przygotowany rozczyn drożdżowy odstawiam na kwadrans. W tym czasie do miski przesiewam mąkę, dodaję sól i olej. Następnie dodaję rozczyn i wyrabiam całość do czasu, aż uzyskam gładkie ciasto.
  • Przekładam je do miski, przykrywam ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.
  • Wyrośnięte ciasto przekładam na stolnicę oprószoną mąką i rozwałkowuję je (nie za cienko) na kształt prostokąta.
  • Na połowie rozwałkowanego ciasta zaznaczam lekko szklanką (o średnicy ok. 7 cm) kółka, na których następnie układam nadzienie i pozostałą połową placka przykrywam tę górną część. Następnie wycinam szklanką sklejone pączki. 
  • Układam je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykrywam ściereczką i odstawiam do wyrośnięcia na ok. 30 minut.
  • Pączki piekę w piekarniku nagrzanym do 220 stopni C (bez termoobiegu) przez około 10-12 minut.
  • Po wystudzeniu posypuję je cukrem pudrem.
poniedziałek, 06 lutego 2017
Luty pełen słów (jabłecznik po włosku)

Prowadziłam kiedyś zeszyt, w którym zapisywałam cytaty, większe fragmenty książek oraz wypowiedziane przez kogoś słowa, które mocno zapisały się w mojej głowie. Zastanawiam się, czy nie powrócić do tego rytuału. Ostatnio sporo takich słów wyczytuję z niesamowitych książek, słyszę z ust ludzi Bliskich i Wyjątkowych. Chcę je utrwalić, by wracać do nich w smutniejszych momentach mojego życia.

Trzymając się powyższego wątku, trafiła mi się niezwykła książka. "Najlepiej w życiu ma twój kot" - listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza - to historia miłości i czułości zaklętej w słowach. Czytam ją powoli, dawkując sobie jej treść, bo nie chcę żeby skończyła się zbyt szybko. Sporo w niej fragmentów, które chcę spisywać lub dzielić się nimi z innymi. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć.

Kiedy czytam, lubię też coś zjeść. Jabłecznik po włosku zdecydowanie bardzo dobrze spisuje się, jako towarzysz wciągającej lektury. Przepis na to pyszne i proste do zrobienia ciasto pochodzi z książki, która skradła moje serce już jakiś czas temu. "Lubię. Atlas z przepisami", to książka niezwykła, a pisałam o niej kilka słów tutaj

Składniki:

1 kg ulubionych jabłek

200 g mąki

160 g cukru

150 g masła

4 jajka

60 ml mleka

1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

1 duża cytryna

1 laska wanilii

szczypta soli

Przygotowanie:

  • Ciasto pieczemy w tortownicy o średnicy 26 cm, w temperaturze 180 stopni C.
  • Rozpuszczam masło w rondelku. Ścieram skórkę z cytryny. Jabłka obieram, kroję w cienkie półksiężyce, a następnie skrapiam je sokiem z cytryny.
  • Do misy miksera wbijam jajka, dodaję cukier, ziarenka wanilii, skórkę z cytryny i sól. Miksuję, aż masa zwiększy objętość i stanie się puszysta.
  • Mieszając szpatułką (lub na małych obrotach miksera), powoli dodaję na zmianę - mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia i mleko.
  • Wlewam masło i mieszam do połączenia składników. Na koniec dodaję jabłka i mieszam całość delikatnie szpatułką. Przelewam ciasto do formy.
  • Ciasto piekę ok. godziny lub do tzw. suchego patyczka. Po około 40 minutach przykrywam je folią aluminiową, jeśli ciasto zbyt szybko się rumieni. Po upieczeniu, zostawiam ciasto w zamkniętym piekarniku na kwadrans. Potem uchylam i studzę.
  • Przed podaniem posypuję ciasto cukrem waniliowym.

sobota, 21 stycznia 2017
Książkowo i kulinarnie (chłopski strogonow)

Styczeń płynie niesamowicie szybko, też macie takie wrażenie? Niedawno były Święta, Nowy Rok, a tu już kilka dni dzieli nas od kolejnego miesiąca...

Odczuwam dziwny brak czasu, godziny znikają gdzieś, topią się zbyt szybko, tak jak śnieg, którego właściwie już nie ma. Było tak bajkowo, biało, czysto. Miasto wyglądało zupełnie inaczej, odświętniej. Teraz razi szarością, wszechobecną wilgocią i brudnymi odcieniami błota. Szkoda...

Nie jestem zbyt miła, radosna, uśmiechnięta. Wyłazi ze mnie taka 100% Mała Mi. Nic mi się nie chce, mam ochotę zaszyć się gdzieś sama ze sobą, z książkami, ewentualnie z moim kochanym futrzakiem. Trudny jest ten styczeń, pełen tęsknot, niespełnionych marzeń, rozczarowań, łez i westchnień. Oby u Was było lepiej.

Dziś zapraszam na sporą ilość doznań książkowo-prasowych oraz kulinarnych. Miłego czytania.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo:

1. "Ścieżki nadziei. Dziennik pisany w drodze" Richard Paul Evans

"Ścieżki nadziei", to ostatnia część serii o Alanie Christoffersenie. Poprzednich części nie czytałam, ale bohater (i narrator w jednej osobie), przywołuje we wspomnieniach to, co mu się dotychczas przytrafiło. A zatem, dowiedziałam się, że był szczęśliwie zakochany w kobiecie, która została jego żoną, ale niestety jego ukochana zmarła, a on pogrążył się w bólu i rozpaczy. Pogrążony w żałobie, nie zauważył, że jego wspólnik go oszukał. Bohater stracił więc właściwie cały swój dobytek. Jego dzieciństwo również nie należało do najłatwiejszych, ponieważ kiedy był małym chłopcem, zmarła jego matka. Był więc wychowywany przez ojca. To właściwie tak w skrócie, bo w tym wszystkim, przeplatają się jeszcze inne wydarzenia.

Czytając książkę i dowiadując się o tych wszystkich nieszczęściach bohatera, pomyślałam sobie, że przypomina mi to przypowieść o biblijnym Hiobie. Bohater jest doświadczany boleśnie i właściwie na każdym kroku. Nie ukrywam, że to zaczynało być chwilami męczące, ponieważ zaczynałam się zastanawiać, co znów się może złego stać w kolejnym rozdziale i gdzie w tym wszystkim owa tytułowa nadzieja... Alan, mimo wszystko, postanowił się nie poddawać i wyruszył w podróż po Ameryce, aby na nowo odnaleźć siebie i sens życia. Oczywiście dalej spotyka go wiele ciężkich przeżyć, w tej części serii wydarzenia skupiają się jednak na jego ojcu, który przebywa w szpitalu w stanie krytycznym.

Książka nie należy do łatwych i przyjemnych. Porusza trudne tematy i niestety jej klimat bywa momentami duszący. Ciężko to opisać słowami... Dopiero kilka ostatnich kartek przynosi nadzieję i wpuszcza odświeżający powiew optymizmu i nadziei. To jednak za mało, przynajmniej dla mnie, aby stać się "fanką" autora i zainteresować się poprzednimi częściami serii.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

2. "Gniazdo" Cynthia D'Aprix Sweeney

Książka nadal w trakcie czytania. Towarzyszy mi podczas moich podróży do i z pracy. Czasem sięgam po nią także tuż przed snem. Przyznaję, że wybrałam ją głównie dla okładki, która jest niesamowita. Treść jednak wcale nie jest gorsza, wręcz przeciwnie. Historia i losy rodzeństwa Plumbów niesamowicie wciąga, może dlatego, że jest to temat bardzo uniwersalny. W końcu, niemal każdy z nas ma rodzeństwo... Wiąże się z tym faktem wiele emocji, przeżyć, zarówno pozytywnych i negatywnych.

3. "Wszystkie smaki Skandynawii" Claus Meyer

Od Wydawcy książki: "W nordyckim stylu gotowania największy nacisk kładzie się na sezonowość, smak i lekkość. Claus Meyer, współzałożyciel słynnej na cały świat kopenhaskiej restauracji Noma, przedstawia w tej książce ideę, która stała się podstawą nordyckiego ruchu kulinarnego - New Nordic Cuisine. Proponowane przez niego dania można bez trudu przyrządzić w domu. Książka podzielona jest na cztery rozdziały odpowiadające porom roku. Każdy zawiera wyczerpującą listę najlepszych produktów, których w tym czasie dostarcza natura w naszej strefie klimatycznej. Meyer jest autorem manifestu nowej kuchni nordyckiej podpisanego przez najznakomitszych skandynawskiego kuchmistrzów."

Książka jest niezwykle pięknie i starannie wydana: twarda oprawa, niesamowite zdjęcia i gruby papier. Można powiedzieć, że bije z niej "skandynawski spokój" ;) Przepisy są równie ciekawe i mam już kilka swoich faworytów, jednak nadal czekają w kolejce "do zrobienia". Niestety ogromnie żałuję, że w książce nie wszystkie potrawy mają swoje odzwierciedlenie w zdjęciu. Tak już mam, że lubię widzieć danie, które mam zamiar przyrządzić wg konkretnego przepisu... 

4. "Lubię. Atlas z przepisami" Monika Mądra-Pawlak, Jan Pawlak

Książka, która dla mnie, na długi czas pozostanie na książkowym pierwszym miejscu. Dotarła do mnie niedawno, ale już zdążyła skraść serce:

"Do gara wrzucamy garść wspomnień, szczyptę tekstów mniej lub bardziej poważnych, kilkaset fotografii z dziesięciu lat wojaży i kilkadziesiąt przepisów na słodkości i potrawy kuchni podróży, które serwujemy w La Ruinie i Raju. Pichcimy z tego dzierżony przez Ciebie eintopf, któremu nadaliśmy serdeczny tytuł "Lubię"."

O czym jest? O podróżach do krajów, które chcieli zawsze zobaczyć i pokochali, o jedzeniu, o swoim miejscu na ziemi, który wspólnie odnaleźli, o poznanych ludziach,  o przyjaźni i miłości. Jest to książka do czytania, oglądania, a potem do gotowania, bo przepisów jest sporo i są bardzo inspirujące.

5. "G'rls ROOM"

O czasopiśmie po raz pierwszy przeczytałam u Lady Pasztet. Zachęciłam się na tyle, by wybrać się na jego poszukiwania do Empiku, jednak bez sukcesów. Napisałam zatem do redakcji i zamówiłam pismo bezpośrednio u autorek pisma. Gazeta dotarła bardzo szybko, z miłą, krótką dedykacją. Zabrałam się do lektury i przyznaję, że jest to coś, nad czym warto zatrzymać się na dłużej. Dużo ciekawych tematów, z pewnością nie takich, jakie są w niemal wszystkich tzw. czasopismach kobiecych. Tutaj pisze się o: "prawach kobiet, seksualności, o pozytywnym podejściu do ciała i zmysłów"; odważnie i bezpośrednio. Ciekawa jestem kolejnego numeru. Z pewnością po niego sięgnę.

6. KUKBUK - Chinatown

Uwielbiam dzień, w którym wyciągam ze skrzynki dużą kopertę z prenumeratą KUKBUKA :) Lubię go kartkować, przeglądać, oglądać, czytać, wracać do jakiegoś przepisu, itp itd. Temat nowego numeru to "Chinatown", zatem można poczytać o tym, jak smakują poszczególne regiony Chin, czy też jakie trendy kulinarne kształtują się w Państwie Środka. W numerze jednak znajdzie się też coś dla tych, którzy nie gustują zbytnio w chińskich smakach. Poczytamy więc co nieco o ostrygach, czy też pieczonych na Bali prosiętach i innych obsesjach kulinarnych. Dużo czytania, sporo oglądania, można przepaść ;)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: Chłopski strogonow

Dania jednogarnkowe najlepiej smakują mi w okresie jesienno-zimowym. Składniki dodawane jeden po drugim, w odpowiedniej kolejności i czasie, powoli przenikają się smakami i nabierają właściwej konsystencji. Po powrocie z pracy, wystarczy wyjąć danie z lodówki i odgrzać, by za chwilę móc napełnić brzuch ciepłym posiłkiem. Żadnego dodatkowego gotowania ryżu czy makaronu, wszystko mamy w jednym garnku, raz-dwa i gotowe.

Potrawa jest niezwykle prosta, zarówno pod względem składników, przygotowania, jak i smaku. Czasem prostota bywa najlepsza, także na talerzu.

Inspirację znalazłam tutaj.

Składniki (2-3 porcje):

2 łyżki klarowanego masła lub oleju

2-3 średnie ziemniaki, obrane, pokrojone w grube słupki

1 duża szalotka, pokrojona  w grube piórka

200 g grzybów (leśnych w sezonie lub pieczarek), pokrojonych w grubsze plasterki

300 g polędwiczki wieprzowej (lub piersi z indyka/kurczaka), pokrojonej w paski o grubości 2 cm

sól i pieprz, do smaku

1 szklanka (250 ml) słodkiej śmietanki 30%

1-2 łyżki natki pietruszki, posiekanej

opcjonalnie: 4 łyżki startego sera (np. ementaler lub parmezan)

Przygotowanie:

  • Zaczynam od porządnego usmażenia ziemniaków na rozgrzanym tłuszczu. Gdy się zrumienią i lekko zmiękną, dodaję do nich szalotkę i smażę, mieszając aż się zeszkli, około 4-5 minut.
  • Dodaję grzyby, smażę dalej aż się zrumienią. Dorzucam pokrojone mięso, smażę mieszając, aż mięso się zetnie, około 5 minut. Smażę cały czas na dużym ogniu, soląc składniki w trakcie.
  • Całość zalewam śmietanką, mieszam, podgrzewam przez chwilę. Doprawiam pieprzem i solą (jeśli będzie trzeba) i posypuję posiekaną natką.
  • Opcjonalnie: posypuję danie serem i krótko zapiekam do rozpuszczenia sera.
piątek, 06 stycznia 2017
Styczniowo (perskie ciasto z chałwą i daktylami)

Nowy Rok zdążył się już rozgościć na dobre. Zaraz za nim przyszła trochę spóźniona zima, z dużą ilością śniegu i z mrozem. Jest całkiem przyjemnie, zwłaszcza kiedy nie trzeba iść do pracy ;) Można się cieszyć taką aurą, spacerować po lesie lub plaży, która ma swój niepowtarzalny urok o tej porze roku.

Nie robię listy postanowień noworocznych, staram się nie planować, nie tworzyć wizji czegokolwiek, nie zamartwiać się na siłę. Chcę skupiać się na dniu codziennym, na danej chwili, bo tak naprawdę nie wiem, co przyniesie jutro. Problemy i tak zawsze będą i trzeba będzie im stawiać czoła. Wierzę, że dam radę, że wszystko się wreszcie ułoży tak jak powinno.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

Dziś przepis na dość niezwykłe, perskie ciasto z chałwą i daktylami, w którym nie ma ani grama mąki. Jest za to dużo bakalii, chałwy i przeplatających się cudnie aromatów. Słodkie i ciężkie, w sam raz do mocnej kawy lub herbaty. Słodycz ciasta idealnie przełamuje kwaskowaty dodatek pestek granatu. Pyszne i nieco uzależniające - zwłaszcza, gdy mamy świadomość, że o to zjadamy ostatni jego kawałek... 

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

6 białek (w temperaturze pokojowej)

180 - 200 g drobnego cukru

500 g chałwy pokrojonej w 1 cm kostkę

200 g miękkich, wydrylowanych daktyli, posiekanych na 0,5 cm kawałki

200 g suszonych owoców berberysu (ewentualnie suszonej żurawiny)

125 g mielonych migdałów

50 g posiekanych migdałów

50 g posiekanych pistacji

120 g białej czekolady, posiekanej w 0,5 cm kostkę

1 łyżeczka wody różanej

Polewa:

150 g białej czekolady

80 ml śmietanki kremówki

Wierzch:

suszone płatki róży lub pestki z granatu

posiekane pistacje


Przygotowanie:

  • Piekarnik nagrzewam do 160 stopni C. Tortownicę o średnicy ok. 24 cm wykładam papierem do pieczenia.
  • W dużej misce ubijam białka na średnio sztywną pianę. Nie przerywając miksowania, dosypuję po 1 łyżce cukru, do uzyskania lśniącej, sztywnej piany.
  • Delikatnie dodaję daktyle, chałwę, berberys (żurawinę), mielone i posiekane migdały, pistacje, wodę różaną i posiekaną czekoladę. Całość bardzo delikatnie mieszam szpatułką.
  • Przekładam masę do formy, wyrównuję wierzch i wstawiam do piekarnika na 1 godzinę i 10 minut. Po upieczeniu, wyjmuję ciasto i studzę w formie (ważne!).
  • W tym czasie przygotowuję polewę: podgrzewam w rondlu śmietankę z czekoladą. Cały czas mieszam, aż do całkowitego rozpuszczenia czekolady i połączenia jej ze śmietanką. Ciasto rozlewam po wierzchu ciasta. Posypuję pistacjami i płatkami róż lub pestkami granatu.



Instagram
KONTAKT



Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...