RSS
niedziela, 21 stycznia 2018
O dzienniku księżycowym i idealnej zupie serowej

Chyba mamy zimę... Od rana, z przerwami, prószy sobie śnieg. Przyznaję, że jest to całkiem przyjemny i kojący widok. Jeszcze przyjemniejsze jest to, że siedzę sobie zawinięta w koc i popijam herbatę z cytryną. Co prawda mam dziś sporo pracy przy komputerze, ale i tak jest dobrze :)

Zdjęcie poniżej jest ze stycznia zeszłego roku. Jak zwykle to futrzak ma najwięcej frajdy ze śniegu :)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Moon Journal" Sandra Sitron

"Moon Journal" Sandry Sitron, to niezwykle pięknie i estetycznie wydana książka, która z założenia ma być przewodnikiem w zrozumieniu samego siebie, odnalezienia harmonii w zabieganej codzienności, a wszystko to przy udziale Księżyca.

"Księżyc jest jak lustro. Skoro odbija światło Słońca, ty też możesz się w nim przejrzeć. Obserwowanie Księżyca i uczenie się, jak wykorzystać jego energię, pomoże ci zastanowić się nad swoim życiem, marzeniami, celami i relacjami, jakie tworzysz. Stanie się doskonałym narzędziem, dzięki któremu osiągniesz pełnię życia. Refleksja nad sobą prowadzi do samopoznania. Ten dziennik pomoże ci je osiągnąć."

Autorka jest astrolożką i hipnoterapeutką. Astrologią interesuje się od ponad dwudziestu lat, zatem można przyjąć, że w książce znajdziemy same konkretne informacje.

"Moon Journal" jest dziennikiem, który ma pomóc przywrócić nam kontakt z naturą, a w tym przypadku z fazami Księżyca. Pomaga nam w tym przedstawiona przystępnym językiem treść, która opisuje poszczególne fazy Księżyca i wyjaśnia co znaczy, gdy Księżyc znajduje się w danym znaku zodiaku. Jest tu sporo informacji o tym, jak odczytywać i interpretować fazy Księżyca, jakie powinny temu towarzyszyć codzienne rytuały i zachowania. W książce jest sporo wskazówek, kiedy będzie najlepszy moment na podejmowanie decyzji, planowanie zmian w życiu zawodowym i osobistym, kiedy najlepiej zadbać o zdrowie i wiele innych. Dodatkowo jest sporo miejsca na prowadzenie zapisków i notowanie przemyśleń. Poza tym, w książce są informacje o ziołach, kryształach, rytuałach związanych z każdą fazą Księżyca oraz prośby do Księżyca. Te ostatnie trafią w gust chyba tylko zagorzałych "moon journalistów".

Książka jako całość jest naprawdę ciekawą pozycją, wartą bliższego poznania, ale nie dla każdego. Zbyt racjonalne umysły mogą mieć problem z przyswojeniem pewnych informacji. Z pewnością zainteresuje jednak osoby, którym tematyka astrologii jest bliska. "Moon Journal" zaciekawi również osoby, które chcą podjąć próbę powrotu do natury, choćby od zapoznania się z cyklem księżycowym. 

Za możliwość zapoznania się z księżycowym dziennikiem dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: zupa serowa z kalafiorem i wędzonym boczkiem

Mogę oficjalnie przyznać, że zakończyłam poszukiwanie przepisu na idealną zupę serową. Beata i Witek z Magazynu Kuchennego podzielili się niesamowitym przepisem, który przetestowałam, jak tylko zaopatrzyłam się w ser mimolette. Zupa jest konkretna i smaczna. Idealna na zimowy obiad, przyjemnie rozgrzewa i syci. Najważniejsze, że jest z dodatkiem boczku i kalafiora - czyż może być lepsze połączenie? ;)

Warto zaopatrzyć się właśnie w ser mimolette (ewentualnie może być pomarańczowy cheddar). Mimolette ma pomarańczowy kolor, delikatnie owocowy aromat i jest dość słony. Z tego powodu, zanim posolimy zupę, warto ją najpierw posmakować.

W mojej wersji zwiększyłam ilość ziemniaków i użyłam więcej bulionu (ok. 1 litra).

Składniki:

750 ml - 1 l bulionu z kurczaka

2 średnie ziemniaki, obrane i pokrojone w niedużą kostkę

ok. 300 g kalafiora podzielonego na różyczki

1/4 szklanki śmietanki 30%

150 g sera mimolette, startego na tarce o grubych oczkach

4 plasterki boczku wędzonego, usmażone na chrupko i połamane na kawałki

Przygotowanie:

  • Bulion zagotowuję razem z pokrojonymi w kostkę ziemniakami. Po ok. 10 minutach powinny zmięknąć i wtedy dodaję różyczki kalafiora. Gotuję jeszcze 7 minut.
  • Wyjmuję z bulionu garść różyczek i odkładam je na bok. Resztę zupy miksuję na krem razem ze śmietanką. Ponownie zagotowuję.
  • Po zagotowaniu, zestawiam zupę z ognia, dodaję ser i mieszam aż się rozpuści (już nie gotując).
  • Wykładam zupę na talerze, dodaję odłożone różyczki kalafiora i posypuję kawałkami usmażonego boczku.
niedziela, 07 stycznia 2018
Styczniowe lektury i gotowanie gulaszu z kaczki i wędzonej kiełbaski

Styczniowe wdepnięcie w Nowy Rok okazało się bardzo nieprzyjemne; z wielu względów, o których, gdy tylko zaczynam myśleć, zaczynam czuć ścisk w żołądku. Może po prostu nie potrafię skupić się na tym, co dobrego mi się przydarza i dostrzegam jedynie problemy? Może.

Nowy Rok z pewnością przyniósł coś dobrego do poczytania. Takim "dobrem" jest z pewnością magazyn "Pismo", które pokochałam za samą okładkę. Jakoś tak na pierwszy rzut oka skojarzyła mi się z "The New Yorker" (i w nawiązaniu do tej myśli, warto przeczytać wstępniaka redaktora naczelnego). Na razie mam za sobą przeczytane opowiadanie Ignacego Karpowicza oraz wywiad z Haliną Bortnowską o dziennikarstwie. Jest naprawdę dobrze, a może być lepiej, bo w spisie treści przewija się Sylwia Chutnik, Marta Frej i Filip Springer.

Książkowo zaś zaczytuję się w "Jak zawsze" Zygmunta Miłoszewskiego. Powieść, w której autor przedstawia wizję alternatywnej rzeczywistości, w której muszą odnaleźć się nie tylko jego główni bohaterowie, ale i cały naród. Książka wciąga i mam nadzieję że tak będzie do ostatniej strony...

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: gulasz z kaczki i wędzonej kiełbasy z pieczarkami

Przeglądając stare gazety kulinarne, natrafiłam na przepis na gulasz z kaczki i wędzonej kiełbasy. Wczytałam się w jego treść i stwierdziłam, że chętnie go przygotuję. Co prawda wprowadziłam trochę zmian, bo nie wszystko mi smakowo odpowiadało, ale efekt końcowy bardzo mnie zaskoczył. Takiego gulaszu nie jadłam już naprawdę dawno... Zapach rozchodzący się po kuchni niesamowicie kusił, a potem reszty dokonał już smak potrawy. Idealny obiad na styczniowe chłodne dni.

Bazowałam na przepisie z gazety "Palce lizać".

Składniki:

2 piersi kaczki ze skórą

łyżeczka smalcu

1/4 szklanki oleju

1/2 szklanki mąki

1 średnia cebula, posiekana w piórka

500 g pieczarek; pokrojonych w ósemki i podsmażonych na złoto

2 ząbki czosnku, posiekane

ok. 200-300 ml ciemnego piwa

3 szklanki bulionu

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka suszonego tymianku

1 liść laurowy

1/4 łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu

szczypta ostrej papryki

300 g wędzonej kiełbasy

łyżka koncentratu pomidorowego

natka pietruszki do posypania gotowej potrawy

Przygotowanie:

  • W dużym garnku podgrzewam łyżeczkę smalcu i wkładam umyte i osuszone piersi kaczki (skórą do dołu). Smażę ok. 7 minut na średnim ogniu, odwracam i smażę kolejne 7 minut. Wyjmuję mięso z garnka i odkładam na bok.
  • Do tego samego garnka wlewam olej i wsypuję mąkę. Podgrzewam i mieszam do czasu aż uzyskam jednolitą zasmażkę. Do niej dodaję cebulę, czosnek i pieczarki. Podsmażam ok 4 minuty, cały czas mieszając całość.
  • Wlewam piwo i bulion. Dodaję sól, tymianek, liść laurowy, paprykę ostrą, pieprz, koncentrat i kiełbaskę pokrojoną w plasterki. Mieszam dokładnie całość, doprowadzam do wrzenia i zmniejszam ogień. Wkładam kacze piersi i gotuję pod przykryciem ok. 1,5 godziny.
  • Po tym czasie wyjmuję kacze piersi, zdejmuję skórę, a mięso rozdrabniam widelcem i wrzucam ponownie do gulaszu.
  • Gulasz przed podaniem posypuję natką pietruszki. Najlepiej smakuje z kaszą lub makaronem.

niedziela, 31 grudnia 2017
Ostatni dzień w roku (zwijane bułeczki z makiem)

Ostatni dzień w roku. Żadnych celebracji, nadzwyczajnych radości, w sumie dzień jak każdy inny. Jednak w głowie mnóstwo myśli o tym, jaki był ten rok. Wspominam osoby, rozmowy, wydarzenia, które w istotny sposób wpłynęły na moje życie. Trochę pozytywnych chwil i trochę negatywnych, trochę radości i nieco łez. Za to nieustający mętlik w głowie. Wiem, że powinnam trochę odpuścić w tej myślówce i wyryć sobie ku pamięci słowa Romy Ligockiej:

Poza tym 2017 rok, to rok z dużą ilością przeczytanych książek, ciekawych zleceń, wielu wypitych herbat w cudnym towarzystwie, rozmów, obecności... Oby tego nie zabrakło w 2018r.

Nowy Rok chcę zacząć z nadzieją, że w końcu wszystko się poukłada...

Wszystkiego dobrego :)

Kulinarnie: zwijane bułeczki z makiem

Zwijane bułeczki z makiem, to wypiek niezwykle umilający kawowo-herbaciane wieczory z książką i kocem. Są proste w wykonaniu i jednocześnie bardzo smaczne. Jednak trzeba uzbroić się w cierpliwość przy ich przygotowywaniu, bo jak to przy drożdżowym, trochę czasu potrzeba na jego wyrastanie...

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki (20 sztuk):

500 g mąki pszennej

30 g świeżych drożdży

50 g cukru

200 ml mleka

2 jajka

50 g masła

oraz:

1 jajko do posmarowania ciasta
300 g masy makowej
3 łyżki posiekanej czekolady deserowej
lukier: 1 łyżka gorącego soku z cytryny + ok. pół szklanki cukru pudru

Przygotowanie:

  • Do dużej miski przesiewam mąkę, robię dołek, wkruszam do niego drożdże i posypuję cukrem. Stopniowo dodaję ciepłe mleko i mieszając je z drożdżami, zagarniam trochę mąki. Przykrywam ściereczką i odstawiam na 10 minut do wyrośnięcia.
  • Dodaję jajka i delikatnie mieszam całość drewnianą łyżką. Gdy składniki w miarę się połączą, dodaję roztopione, ciepłe masło i wyrabiam ciasto ok. 10 minut, aż będzie gładkie i elastyczne. Przykrywam i odstawiam do wyrośnięcia na ok. 45-60 minut.
  • Ciasto wykładam na stolnicę oprószoną mąką. Formuję kulę, którą dzielę na dwie części. Rozwałkowuję jeden kawałek ciasta na kwadrat o boku ok. 30 cm. Rozsmarowuję połowę masy makowej wymieszanej z posiekaną czekoladą. Zwijam roladę i kroję ją w poprzek na 10 plasterków.
  • Pokrojone plasterki układam przekrojem do góry na dużej blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.
  • Czynności powtarzam z drugą częścią ciasta i drugą blaszką do pieczenia.
  • Odstawiam bułeczki do wyrośnięcia na ok. 20 minut.
  • Piekarnik nagrzewam do 180 stopni C. Bułeczki smaruję roztrzepanym jajkiem i wstawiam do nagrzanego piekarnika. Piekę ok. 20 minut na złoty kolor.
  • Upieczone bułeczki wyjmuję z piekarnika i po lekkim przestudzeniu polewam lukrem (gorący sok z cytryny mieszam ze stopniowo dodawanym cukrem pudrem w takiej ilości, aby otrzymać odpowiednią konsystencję).

niedziela, 10 grudnia 2017
O przedświątecznej "myślówce" i o śledziku innym niż wszystkie

Za dużo mam na głowie ostatnio. Sporo problemów, pogmatwanych myśli i przykrych sytuacji, o których trudno zapomnieć. Żyję w dużym stresie, wracają zapomniane schorzenia, które teraz się złośliwie uaktywniły. "Nie wiem", to stan w którym obecnie żyję. Nic nie wiem na pewno i męczy mnie to bardziej niż zwykle. Do tego zbliżają się Święta, co do których mam stosunek jaki mam i które z każdym rokiem stają się boleśniejsze przez różne aspekty... Dlatego stale wynajduję sobie zadania, projekty, działam tu i tam. Wszystko po to, żeby mieć jak najmniej czasu na siedzenie i dobijanie się smutkami. Tęsknię za Rodzicami, za bliskimi, których dawno nie widziałam. Mam ochotę wyjechać z Gdyni na dłuższy czas, zniknąć sobie i pobyć w rodzinnym domu...

W międzyczasie czytam i to sporo. Kończę jedną książkę i już za chwilę pochłania mnie kolejna. Tym razem delektuję się "Radością życia" Romy Ligockiej. Piękna, mądra, bardzo szczera i pełna osobistych refleksji pisarki. Jeśli szukacie pomysłu na prezent książkowy, to polecam właśnie tę książkę.

"Niewielu rzeczy zdążyli mnie nauczyć rodzice — mało mieli na to czasu, ten czas zabrała im wojna. Wszystkiego więc w życiu boleśnie musiałam uczyć się sama. Oni tylko przekazali mi tę jedną prostą prawdę, że trzeba iść — zawsze po prostu iść. Krok za krokiem. Mozolnie. I tylko ten następny krok się liczy. Dopóki nogi niosą, nawet jeżeli bolą. I nie ma w życiu innej drogi do celu niż ta, którą przemierzamy własnymi zranionymi bosymi stopami codziennie i cierpliwie." Roma Ligocka "Radość życia"

A Nowy Rok będę sobie organizować z rewelacyjnym "Notesem", w który wplecione są teksty i zapiski Agnieszki Osieckiej. Cudny. Mój.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Śledzie z suszonymi pomidorami i orzechami włoskimi

Lubię śledzie nie tylko na Święta. Czasem kupuję sobie gotowe, już przyprawione na różne sposoby, z różnymi dodatkami. Zjadam je później w niewielkiej ilości na kolację. I to mi wystarcza na jakiś czas. Sama robię je bardzo rzadko, bo najczęściej jem je u mojej Mamci, która potrafi zrobić najpyszniejsze i jednocześnie najprostsze w swojej postaci. I takie właśnie domowe smakują najlepiej i potrafię zjeść ich trochę więcej niż zazwyczaj...

Zaciekawił mnie przepis na śledzie w wersji z suszonymi pomidorami i orzechami włoskimi i właśnie takie śledzie przygotowałam ostatnimi czasy. Wyszły pyszne i bardzo aromatyczne. Warto od razu zrobić większą ilość (podana ilość składników wystarczy na mniej więcej dwie porcje).

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

1 cebula

2 łyżki koncentratu pomidorowego

200 g suszonych pomidorów w oleju

2 łyżki octu ryżowego lub winnego

1/2 szklanki orzechów włoskich

4 gotowe filety śledziowe (dobrze wymoczone i wypłukane lub gotowe w oleju)

olej lniany, ewentualnie rzepakowy

Przygotowanie:

  • Cebulę obieram i kroję w piórka. Przekładam na sitko i sparzam wrzątkiem. Wkładam do miski, dodaję koncentrat pomidorowy i mieszam dopóki cebula jest jeszcze ciepła.
  • Dodaję pokrojone na kawałeczki suszone pomidory wraz z olejem ze słoika, dodaję ocet, posiekane orzechy (wcześniej lekko przyprażone na suchej patelni) i dokładnie mieszam.
  • Filety śledziowe kroję na kawałki, wkładam do miski i mieszam ze wszystkimi składnikami, dolewam olej lniany lub rzepakowy.
  • Śledzie można przechowywać przez kilka dni w lodówce, w dobrze zamkniętym słoiku.

niedziela, 26 listopada 2017
O intensywnym tygodniu, pełnym książek, Islandii i dobrego jedzenia

Mija tydzień za tygodniem. Czasem wydaje mi się, że czas płynie szybciej, a ja na siłę próbuję rozciągnąć dobę dodatkowymi zajęciami. Nie narzekam, dobrze jak coś się dzieje, jak czasem jest intensywnie, a ja potem widzę efekty moich starań.

Poza pracą i dodatkowymi zleceniami, znajduję czas na przyjemności i na spełnianie drobnych marzeń. Tak jak ostatnio, za sprawą pięknego wydarzenia, w którym mogłam uczestniczyć. Spotkanie autorskie wokół książki "Rekin i Baran" z Martą i Adamem Biernat (Bite of Iceland) oraz wernisaż zdjęć pięknej Islandii: "EYJA / WYSPA", tak spędziłam czwartkowy wieczór. Zdjęcia zachwyciły, autorzy ujęli swoją otwartością i pozytywną energią. Opowiadali o Islandii, odpowiadali na pytania czytelników i cierpliwie podpisywali książki. Po tym wieczorze jeszcze bardziej utwierdziłam się, że chciałabym kiedyś wybrać się w to magiczne miejsce.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Hotel pod jemiołą" Richard Paul Evans

Richard Paul Evans to bestsellerowy pisarz amerykański. Jego powieści gościły na listach hitów "The New York Timesa" i zostały przetłumaczone na dwadzieścia dwa języki. Poza pisaniem, Evans zajmuje się działalnością charytatywną i w tym zakresie założył organizację charytatywną „The Christmas Box House International” na rzecz zaniedbanych i wykorzystywanych dzieci.

Tym razem, dzięki Wydawnictwu Znak Literanova, trafiła do mnie kolejna powieść pisarza: "Hotel pod jemiołą". Przyznaję szczerze, że nie obiecywałam sobie wiele po tej książce. Zarówno okładka, jak i krótki opis z tyłu zapowiadały lekką historię miłosną w klimacie bożonarodzeniowym. Pierwsze chwile z książką tylko mnie w tym fakcie utwierdziły. Jednak druga połowa książki pozytywnie mnie zaskoczyła, zachwyciła i gdzieś tam nawet wycisnęła małą łzę w oku.

Główna bohaterka Kim, to osoba która nie ma łatwego życia. Jej mama popełniła samobójstwo, kiedy ta była małą dziewczynką. Natomiast jako dojrzała kobieta wciąż miała łamane serce przez mężczyzn, których wybierała na partnerów swojego życia. Jedynym wsparciem był i wciąż jest jej ojciec. Wpiera ją i zawsze powtarza, że najlepsze lata naszego życia są zawsze przed nami. Dlatego pomaga jej w spełnieniu marzenia o byciu pisarką i umożliwia jej uczestniczenie w kursie dla pisarzy. Jak się okaże, wydarzenie to stanie się początkiem jej wielkiej przygody.

Przyznaję, że historia wydaje się momentami bardzo bajkowa, przez co wydaje się nierealna. Z drugiej strony, czemu nie dać się ponieść takiej atmosferze? Miłość, spełnianie najskrytszych marzeń, happy end - czasem warto osłodzić sobie życie, bo czasem ono potrafi dać nam wystarczająco w kość. Zatem przymknęłam oko na "słodki klimat", zwłaszcza że zakończenie przyniosło wiele pięknych słów, dla których warto książkę przeczytać.

Każdy, kto chce poczytać o poszukiwaniu szczęścia i miłości, o spełnianiu marzeń zawodowych i o sile, jaką mają więzi rodzinne, to zdecydowanie powinien tę książkę przeczytać. Dużo w niej pozytywnej energii, a ta w sam raz wpasowuje się w klimat zbliżających się Świąt.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: ciasto marchewkowe z kokosem i żurawiną

Pyszne i nieskomplikowane ciasto na niedzielne, chłodne wieczory. Kusi chrupiącym wierzchem i niesamowitym aromatem :) Niby znajomy smak, bo kto z nas nie jadł ciasta marchewkowego? Tutaj jednak smak wzbogacony jest kokosem i żurawiną. Oryginalnie w cieście są suszone morele, ale to już kwestia gustu. Równie dobrze możecie użyć suszonych wiśni lub rodzynek. Najlepsze jest jeszcze lekko ciepłe :)

Ciasto znalazłam u Truskawkowej Ani, a oryginalnie przepis pochodzi z książki „River Cottage. Fruit everyday”, której autorem jest Hugh Fearnley-Whittingstall (niektórzy z Was pewnie kojarzą go z programów na Kuchni + ).

Składniki:

200 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
1 łyżeczka cynamonu
200 g oleju kokosowego
180 g cukru demarera
3 jajka
200 g marchewki, startej na drobnej tarce
skórka starta z 1 cytryny
150 g suszonej żurawiny
100 g wiórków kokosowych

Przygotowanie:

  • W misce mieszam mąkę, proszek do pieczenia, sól i cynamon.
  • W drugiej misce mieszam olej kokosowy oraz cukier i ucieram mikserem przez 2-3 minuty, aż masa stanie się puszysta. Ciągle miksując, dodaję po jednym jajku.
  • Następnie dodaję do masy mąkę i mieszam aż składniki się połączą. Dodaję wiórki kokosowe i marchewkę, mieszam szybko do połączenia składników. Na koniec dodaję skórkę cytrynową i żurawinę, mieszam całość.
  • Ciasto przelewam do wyłożonej papierem do pieczenia keksówki. Piekę w 170 st. C. przez 1 godzinę i 15 minut. Po godzinie warto sprawdzić ciasto patyczkiem, jeśli jest suche, kończymy pieczenie. 



KONTAKT



Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...