RSS
sobota, 21 kwietnia 2018
Wiosna w rozkwicie (pulpeciki w sosie musztardowym z pieczarkami)

Nareszcie czuć wiosnę: jest sporo słońca, robi się coraz bardziej zielono i coraz więcej kwiatów upiększa świat wokół. Ptaki budzą rano o świcie swoim śpiewem, powietrze pachnie zupełnie inaczej i sprawia, że chce się żyć bardziej. I chłonąć to wszystko każdym zmysłem i zapisywać w pamięci na zapas, kiedy przyjdą jesienno-zimowe czasy.

Dziś dzielę się z Wami sprawdzonym przepisem na pulpeciki, które mogą stać się ciekawą propozycją niedzielnego obiadu. Zapraszam :)

Pulpeciki utaplane w kremowym, śmietankowym sosie z dodatkiem pieczarek, to połączenie idealne. Wystarczy dodatek kaszy, makaronu lub ziemniaków i mamy gotowy obiad. Polecam, bo w krótkim czasie mamy przygotowany naprawdę konkretny posiłek ;)

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki na ok 25 sztuk:

700 g mięsa mielonego

1 bułka kajzerka (może być czerstwa)

6 łyżek mleka

2 ząbki czosnku

płaska łyżeczka pasty paprykowej, sosu (np. sambal oelek)

pół łyżeczki suszonego oregano

1,5 szklanki bulionu

1 łyżka sosu sojowego

1 łyżeczka musztardy

3 łyżki musztardy francuskiej (ziarnistej)

300 g pieczarek

pół szklanki śmietanki 30%

opcjonalnie: natka pietruszki

olej, masło, mąka pszenna i ziemniaczana

Przygotowanie:

  • Mięso mielone wkładam do większej miski.
  • Bułkę zalewam mlekiem, kiedy zmięknie, rozdrabniam ją i dodaję do mięsa.
  • Mięso doprawiam solą, pieprzem, drobno startym czosnkiem, pastą paprykową, oregano. Dokładnie wyrabiam ręką i wilgotnymi dłońmi formuję nieduże pulpeciki.
  • Rozgrzewam patelnię z 2 łyżkami oleju i dodaję pulpeciki. Obsmażam dokładnie z dwóch stron na złoty kolor, ok. 10-13 minut.
  • W garnku zagotowuję bulion z dodatkiem sosu sojowego. W gotujący się bulion wkładam obsmażone pulpeciki, zagotowuję. Dodaję obydwie musztardy i delikatnie mieszam całość. Przykrywam, zmniejszam ogień i gotuję ok. 25 minut, w międzyczasie parę razy mieszam całość.
  • Na patelnię po pulpecikach wkładam łyżkę masła, dodaję pokrojone pieczarki i smażę aż zmiękną, a następnie odparuje woda, a pieczarki się zrumienią. Wtedy doprawiam je solą i mieszam.
  • Gdy pulpeciki będą gotowe, dodaję do nich pieczarki, wlewam śmietankę i zagotowuję. Gotuję ok, 5 minut, a następnie odlewam trochę sosu i mieszam go z łyżeczką mąki ziemniaczanej i łyżeczką mąki pszennej. Przelewam do reszty sosu w garnku, mieszam i zagotowuję.
  • Gotuję jeszcze ok. 2 minut aż sos zgęstnieje. Gotowe danie można posypać natką pietruszki.

poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Książkowo i kulinarnie ("W szoku" R. Awdish; zupa pomidorowa z kaszą bulgur i fasolką)

Jak Wam mija świąteczny poniedziałek? Odpoczęliście trochę? Mam nadzieję, że tak i że naładowani pozytywną energią zaczniecie całkiem przyjemny, bo krótszy tydzień pracy.

Dziś w serii "książkowo i kulinarnie", kilka słów o książce "W szoku", którą miałam możliwość przeczytać jeszcze przed premierą (Wydawnictwo Znak Literanova) oraz zupełnie nieświąteczny przepis na zupę pomidorową z dodatkiem kaszy bulgur i fasolki.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "W szoku" dr Rana Awdish

"Cały świat staje na głowie, kiedy jako pacjenci musimy się zmierzyć z rzeczywistą kruchością wszystkiego, co kiedyś uważaliśmy za źródło siły. (...) Kiedy chorujemy, czujemy się upokorzeni zależnością od innych, utratą kontroli nad biegiem wydarzeń i niepewnością, co będzie dalej. Tego rodzaju zmiana otwiera kanały komunikacji, na których wykorzystywanie nie jesteśmy zaprogramowani, pochłonięci monotonną rutyną zwyczajnego życia."

"W szoku" to książka, w której autorka doktor Rana Awdish, opisuje swoją niezwykle trudną historię. Z doświadczonej lekarki, staje się pacjentką i musi zmierzyć się z nową i zupełnie dla niej nieznaną sytuacją. W bardzo ciężkim stanie i dodatkowo będąc w ciąży, trafia do szpitala, w którym zaczyna się prawdziwa walka o jej życie. Rana doznaje wstrząsu krwotocznego, traci dziecko, przechodzi liczne transfuzje krwi, do tego nerki i wątroba przestają prawidłowo funkcjonować, pojawiają się guzy, sepsa... W tym wszystkim, co dzieje się z jej ciałem, dochodzi jeszcze zetknięcie się lekarki z ogromną skalą niezrozumienia oraz braku empatii ze strony personelu medycznego. Do tego wszystkiego, dochodzą również częste przypadki niekompetencji rezydentów oraz sztywne procedury, które nie raz stają na przeszkodzie w efektywnym leczeniu. W tym wszystkim, sama pacjentka dochodzi do wniosku, że w zasadzie ona jako lekarka, postępowała często identycznie.

Podczas lektury, moją uwagę zwrócił fragment dotyczący oczekiwań innych wobec dochodzenia do zdrowia pacjenta. Coś w tym jest, że nie tylko lekarze, ale i nasi najbliżsi lub znajomi z pracy, mają wizję odnośnie przebiegu naszej rekonwalescencji. Uważają, że stan powinien codziennie ulegać znaczącej poprawie. Zdarza się nie raz słyszeć, że "do tej pory powinniśmy się czuć lepiej", a kiedy tak nie jest, to właśnie chorzy dodatkowo czują się tym obarczeni: "Nie potrafiłam bardziej się przyłożyć do zdrowienia. Czułam się uwięziona w zmęczonym, popsutym ciele. Wydawało się, że łatwiej je złamać, niż zgiąć."

To co doktor Rana przeszła przez około 10 lat jako pacjentka, postanowiła wykorzystać do tego, aby uświadomić swoim koleżankom i kolegom po fachu, że zajmują się leczeniem ludzi, a nie tylko kolejnych przypadków. Chce pokazać, że pacjentom zależy, aby widzieć w nich nie chorych, a osoby leczone. Z drugiej strony wskazuje, jak często lekarze bronią się przed empatią i większym kontaktem z pacjentem, ponieważ takie nawiązywanie głębszych relacji bywa dla nich trudne w byciu obiektywnym odnośnie przebiegu leczenia. Poza tym, bardzo przeżywają swoje zawodowe "niepowodzenia", bo dotyczą odpowiedzialności za życie ludzkie. Autorka podkreśla, jak ważne jest dla lekarzy stworzenie możliwości porozmawiania o tym, co przeszli danego dnia.

"W szoku" to nie tylko wstrząsająca historia o lekarskiej znieczulicy. Jest to również opowieść o nadziei, wytrwałości i sile miłości, dlatego zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Dla mnie na pewno jest pozycją wyjątkową. Sama byłam pacjentką w szpitalu i często czułam się tak, jak to opisuje autorka. To był trudny czas, który udało mi się przetrwać dzięki wsparciu bliskich. Warto zatem, aby sięgnęli po nią nie tylko ci, którzy byli pacjentami, ale również ci, którzy jeszcze tego nie doświadczyli. Poza tym, może to być idealna lektura dla lekarzy oraz rezydentów i studentów medycyny. Polecam.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Kulinarnie: zupa pomidorowa z kaszą bulgur i fasolką

Podkręcona pomidorówka, z lekką inspiracją marokańską, głównie za sprawą wykorzystanych w niej przypraw. Jest smaczna, gęsta, syta, a do tego szybka w przygotowaniu, zwłaszcza jeśli macie w zapasie domowy bulion.

Przepis pochodzi z Kwestii Smaku. Co prawa autorka odradza użycie passaty pomidorowej, jednak ja właśnie z jej użyciem przygotowałam zupę. Według mnie nie straciła ona na smaku, a i konsystencję miała całkiem w porządku. W oryginale Asia używa słodkiej papryki, ja wybrałam jej ostrą odmianę i zupa wychodzi dość pikantna, więc to od Waszego smaku zależy, jakiej użyjecie. Trochę zmieniłam też moment dodania fasolki do zupy. Wrzuciłam ją do gotującej się całości, na ostatni kwadrans gotowania.

Składniki:

1 łyżka oleju + 1 łyżka masła

1/2 cebuli

2 ząbki czosnku

100 g kaszy bulgur

przyprawy: 1 łyżeczka kurkumy, szczypta szafranu, 1 płaska łyżka ostrej papryki (w oryginale słodkiej), 1/2 łyżeczki mielonego kuminu (kminu rzymskiego)

1 litr bulionu

1 puszka białej fasolki

butelka passaty pomidorowej (ok 680 g) lub 2 puszki pomidorów po 400 g

Przygotowanie:

  • Do garnka wlewam olej, dodaje masło i pokrojoną w kosteczkę cebulę. Kiedy się zeszkli, dodaję starty czosnek i jeszcze chwilę razem je przesmażam.
  • Dodaję kaszę bulgur (wcześniej opłukałam ją na sitku pod bieżącą wodą) oraz przyprawy. Mieszam całość i smażę przez minutę. Dodaję gorący bulion oraz passatę pomidorową. Zagotowuję, doprawiam solą i pieprzem, a następnie zmniejszam ogień i pod przykryciem gotuję zupę przez 15 minut. Po tym czasie dodaję fasolkę z puszki i gotuję kolejny kwadrans.

niedziela, 18 marca 2018
Książkowo i kulinarnie ("Trupia Farma. Nowe śledztwa"; babka tymiankowo-cytrynowa)

Bez zbędnych słów, zapraszam Was do lektury wpisu.

Udanej niedzieli :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Trupia Farma. Nowe śledztwa" Bill Bass, Jon Jefferson

"Trupia Farma. Nowe śledztwa", to kontynuacja poprzedniej książki doktora Billa Bassa, dotycząca Ośrodka Badań Antropologicznych (zwanego również Trupą Farmą) i śledztw z nią powiązanych.

W tej książce czytelnik dowiaduje się, jak powstała Trupia Farma, jak funkcjonowała kiedyś i jak dzięki postępowi działa teraz oraz w jaki sposób jej istnienie pomaga podczas prowadzonych śledztw. Historia ta przepleciona jest szczegółowym opisem nowych śledztw, w których autor brał udział. Często są to sprawy, które mimo upływu lat, pozostały niezamknięte, a zaawansowane technologie pozwalają na nowo zbadać sprawę. Dowiadujemy się, że dzięki postępowi, ciało można zidentyfikować nie tylko np. po uzębieniu czy znakach szczególnych. Obecnie jest to możliwe również dzięki badaniom pozwalającym ustalić rasę, DNA lub skład kości.

 "Mimo wszystko ludzkie serce, podobnie jak ludzki umysł, pozostaje tajemnicze, a czasami również nosi w sobie jakąś tragiczną ukrytą wadę, o czym raz po raz przypomina mi skłonność ludzi do mordowania innych. Moim powołaniem i zaszczytem było pomaganie w rozwiązywaniu zagadek niektórych z tych morderstw oraz - dzięki latom badań prowadzonych przez studentów i wydział na Trupiej Farmie - przygotowanie narzędzi naukowych, które pomagają innym specjalistom w tej dziedzinie. Nigdy nie zamierzałem tworzyć na Trupiej Farmie jakiejś sławnej instytucji: po prostu stawiałem krok za krokiem na drodze do pogłębienia wiedzy, próbując odpowiadać na pytania, które pojawiały się podczas śledztw lub dyskusji na zajęciach."

Podczas lektury przypomniałam sobie seriale, które kiedyś oglądałam: "Kości" i "CSI". Autor twierdzi, że na pewno pomogły one pokazać ludziom, jak ważne jest zachowanie miejsca zbrodni w nienaruszonym stanie i jak dokładne muszą być badania tam przeprowadzone. Podkreśla jednak, że różnice między tym, co widzimy w serialu, a jak to wygląda w rzeczywistości, są dość znaczne. Przede wszystkim w serialu sprawa zostaje zazwyczaj rozwiązana w godzinę, a śledczy bez zadawania pytań wiedzą prawie wszystko. Ewentualnie wykonują telefon i równie szybko uzyskują informację zwrotną. Podobnie z wynikami badań DNA - w zasadzie otrzymują je od ręki. W rzeczywistości trwa to kilka tygodni, bądź miesięcy. Policjanci i prokuratorzy nazywają to "efektem CSI" ;)

Najbardziej zaciekawił mnie rozdział 14: "Leoma Patterson, część 2", który dotyczy "przywracania twarzy zmarłym", a więc rekonstrukcji twarzy. Niesamowicie wzruszyła mnie historia Joanny Hughes, posiadającej tytuł naukowy w dziedzinie sztuki sądowej, która na co dzień zajmuje się odtwarzaniem twarzy nieznanych zmarłych z wykorzystaniem czaszek, gliny oraz dzięki posiadanej wiedzy i artystycznej intuicji. Zarówno historia Joanny, jak i sprawa opisana w tym rozdziale, została w mojej pamięci na długo po przeczytaniu książki.

"Trupia Farma. Nowe śledztwa" to pozycja, która nie jest przerażająca i makabryczna. Jej zadaniem jest w naukowy sposób opisać czytelnikowi, jak działanie owej Trupiej Farmy pomogło identyfikować zmarłych, określać rodzaj śmierci oraz czasem doprowadzać zabójców przed oblicze sprawiedliwości. Polecam.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: babka tymiankowo-cytrynowa

Uwielbiam Nigellę Lawson, jej podejście do gotowania i miłość do dobrego jedzenia. Lubię jej książki kucharskie, ponieważ nie opierają się tylko na podaniu przepisów. Nigella dzieli się w nich również swoimi spostrzeżeniami i opowieściami.

Przepis na babkę tymiankowo-cytrynową pochodzi z książki "Po prostu Nigella", o której pisałam już wcześniej (klik). Ciasto jest pyszne i bardzo aromatyczne. Nie ma się co bać smaku tymianku w babce, gdyż on wcale nie przytłacza, a ciekawie smakowo współgra z cytryną.

Kilka uwag:

  • Nawet gdy ciasto zbrązowieje, trzeba sprawdzić, czy jest dopieczone. Inaczej ciasto będzie trudno wyjąć z formy, a w gorszym wypadku może być nawet niedopieczone po przekrojeniu.
  • Nie co się obawiać, że ciasta jest za dużo w foremce. Podczas pieczenia wyrasta, ale potem lekko osiada w foremce.
  • Do upieczenia babki można wykorzystać formę do babek o pojemności 2,5 litra lub kwadratową o boku 20 cm i głębokości 5,5 cm.
  • Zamiast maślanki można wykorzystać płynny jogurt naturalny.
  • Babkę przechowuję w hermetycznym pojemniku, do 5 dni. Można ją również zamrozić (bez lukru) i przechowywać do 3 miesięcy. Gdy ostygnie, owija się ją podwójną warstwą folii plastikowej i pojedynczą folii aluminiowej. Aby rozmrozić ciasto, rozwija się folię, przekłada na metalową kratkę na 5 godzin w temp. pokojowej.

Składniki:

450 g mąki pszennej

3/4 łyżeczki sody oczyszczonej

3/4 łyżeczki proszku do pieczenia

200 g miękkiego niesolonego masła

2 cytryny

mały pęczek świeżego tymianku

250 g drobnego cukru

3 duże jajka

250 ml maślanki

120 g cukru pudru

olej do natłuszczenia formy

Przygotowanie:

  • Formę dokładnie smaruję olejem. Kładę ją do góry dnem na kawałku papieru do pieczenia i odstawiam na czas przygotowania ciasta.
  • Do miski wsypuję mąkę, proszek do pieczenia, sodę oczyszczoną i mieszam wszystko razem.
  • Do misy miksera wkładam masło, ścieram i dodaję do niego skórkę z obu cytryn i miksuję aż uzyskam konsystencję gładkiego kremu.
  • Odrywam listki tymianku, odmierzam 4 łyżki, dodaję do masła wraz z cukrem i miksuję, aż będzie puszyste.
  • Miksując, wbijam do masy po jednym jajku, a następnie zmniejszam prędkość miksowania i dodaję 1/3 suchych składników oraz 1/3 maślanki. Powtarzam te czynności, aż zużyję całą mąkę i maślankę.
  • Na koniec dodaję sok z 1 cytryny i mieszam łyżką ciasto i przekładam do przygotowanej formy.
  • Ciasto wkładam do piekarnika nagrzanego do 170 stopni C i piekę 1 godzinę i 15 minut. Jednak po godzinie należy sprawdzać czy ciasto jest już gotowe. Jeśli patyczek wbity w ciasto będzie suchy, wyjmuję ciasto z piekarnika i odstawiam je na ok. 15 minut. Potem ostrożnie wyjmuję ciasto z formy. Jeśli forma będzie dobrze natłuszczona, a ciasto dobrze wypieczone, to wyjęcie nie powinno stanowić problemu.
  • Gdy babka ostygnie, zabieram się za lukrowanie: przesiewam cukier puder do miski i ucieram z sokiem z drugiej cytryny, dodając tyle soku, by lukier spłynął po cieście (ok. 2 - 3 łyżek), ale był też na tyle gęsty, by listki tymianku, którymi posypuję babkę, przylgnęły do niego.

niedziela, 25 lutego 2018
O tym, jak trudnym miesiącem jest luty...

Luty jest miesiącem wyjątkowo trudnym, który na dodatek ciągnie się, jakby wcale nie miał (tylko) 28 dni, a znacznie dłużej... Jest ciężko: sporo myśli, problemów, które rozmnażają się z prędkością światła. Nie wiem co zrobić z sobą, z życiem. To co udaje się rozwiązać odchodzi szybko w zapomnienie, bo już za rogiem czają się nowe problemy i przykre niespodzianki... Ratuję się jak mogę, aby nie popaść w dołujący stan. Chwile radości są tym, co mnie podnosi z kolan. Czytam, gotuję, szwendam się... Łudzę się, że wiosna może przynieść coś dobrego i na dłużej... Nie wiem, czy tak będzie.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: wegański bigos z zieloną soczewicą

Kapustę kiszoną uwielbiam. Moi Rodzice robili z niej pyszną surówkę do obiadu, a Mamcia gotowała rewelacyjny bigos. Póki co, nawet nie próbuję z Nią konkurować w tej kwestii. Natomiast spróbowałam przygotować bigos w wersji bez mięsa, ale z dodatkiem zielonej soczewicy. Efekt smakowy jest naprawdę zaskakujący. Wege bigos można było zjeść ot tak po prostu z dodatkiem chleba lub zrobić z niego farsz do pasztecików, a część zamrozić na później. Polecam.

Przepis pochodzi z niezawodnej Kwestii Smaku.

Składniki:

3 łyżki oleju

1 cebula

1 ząbek czosnku

1 marchewka

500 g kiszonej kapusty

200 g zielonej soczewicy

10 suszonych śliwek

25 g suszonych grzybów

3 łyżki sosu sojowego

opcjonalnie: 80 ml rumu/ brandy

przyprawy: 3 ziela angielskie, 1 listek laurowy, 3 ziarna jałowca, łyżeczka suszonego oregano i łyżeczka tymianku

Przygotowanie:

  • W dużym garnku na oleju należy zeszklić cebulę i pokrojony w plasterki czosnek, Dodaję startą na grubych oczkach marchewkę i smażę razem 2-3 minuty.
  • Dodaję kiszoną kapustę (wcześniej ją odciskam z nadmiaru soku), soczewicę, pokrojone suszone śliwki i pokruszone suszone grzyby.
  • Całość doprawiam sporą ilością pieprzu, dodaję przyprawy i smażę mieszając przez kilka minut. Wlewam rum/ brandy i chwilę gotuję.
  • Wlewam trzy szklanki wody lub domowego bulionu, sos sojowy, doprawiam łyżeczką cukru i po zagotowaniu duszę pod przykryciem ok. 45 minut.
  • Mieszam całość i sprawdzam, czy potrzebne jest doprawienie solą.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Wielki marynarz" Catherine Poulain

"Jestem niepokonana - mówię.
- Umrzesz jak każdy - wzrusza ramionami.
Tak. Ale aż do śmierci jestem niepokonana."

Zabierałam się do tej powieści przez długi czas. Zachęciła mnie bowiem już dawno okładką i zachwalającymi recenzjami. Jednak, kiedy tylko uruchamiałam ją na czytniku, zaraz odkładałam na bok i zabierałam się za inną lekturę.

Wreszcie przyszedł czas, kiedy do niej zasiadłam i właściwie ciężko było mi się od niej oderwać. Naprawdę zaskoczyła mnie ta książka. Nie myślałam, że aż tak może mnie wciągnąć i że nie będę mogła się od niej oderwać myślami.

Jest to historia kobiety, która odnajduje swoje miejsce, w zdominowanym przez mężczyzn środowisku rybackim. Autorka przedstawia czytelnikowi, jak wygląda surowe życie na statku rybackim, opisuje piękno przyrody i dzieli się swoimi przemyśleniami, które niesamowicie (przynajmniej do mnie) trafiają... Chyba dawno nie czytałam książki, która tak bardzo zostanie mi w głowie na długo po jej przeczytaniu...

środa, 07 lutego 2018
Książkowo i kulinarnie (przedpremierowy "Kredziarz" i pasztet z pestek dyni)

Bez zbędnych słów: dziś kilka słów o książce o intrygującym tytule oraz przepis na warzywny pasztet. Tymczasem ja wracam pod koc z kubkiem gorącej herbaty, bo mroźno, ciemno i zimowo ;)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Kredziarz" C. J. Tudor

C. J. Tudor urodziła się w Salisbury i dorastała w Nottingham, gdzie obecnie mieszka z partnerem i córką. W przeszłości pracowała jako prezenterka telewizyjna w show „Moviewatch”, copywriterka i lektorka.

Autorka wspomina, że pisała od dziecka, a nauczyciel od angielskiego powiedział jej kiedyś, że będzie rozczarowany, jeśli nie zostanie bestsellerową pisarką. „Kredziarz” to jej debiut pisarski. Pomysł na postać owego Kredziarza, jak i na samą książkę wziął się od pudełka z kredami, które córka autorki dostała na drugie urodziny. Któregoś popołudnia rysowali kredowe postacie na podjeździe, natomiast później w nocy, Tudor otworzyła okno i widząc wszędzie kredowe ludziki, powiedziała do swojego partnera, że w ciemnościach wyglądają naprawdę strasznie.

Akcja książki toczy się dwutorowo: teraźniejszość przeplata się ze wspomnieniami sprzed 30 lat, dzięki czemu otrzymujemy zgrabnie złożoną całość i ostatecznie wyjaśnienie tego co się wydarzyło w przeszłości.

Rok 1986, dwunastoletni Eddie i jego znajomi spędzają czas jak typowe dzieciaki: jeżdżą na rowerach, budują szałasy, a czasem wdają się w bójki z miejscowymi chuliganami. Któregoś dnia ich beztroski czas przerywa tragiczny wypadek, który ma miejsce w wesołym miasteczku i którego naocznym świadkiem jest Eddie. Tego dnia poznaje on również Kredziarza. To właśnie on opowiada chłopcu o zabawie z dzieciństwa polegającej na rysowaniu kredowych postaci. Pomysł ten dzieciaki wykorzystują do stworzenia kodu, za pomocą którego będą się komunikować między sobą. Niewinna gra doprowadzi ich do makabrycznego znaleziska poćwiartowanych zwłok.

Mija trzydzieści lat, zbrodnia teoretycznie została dawno wyjaśniona, a Eddie i jego przyjaciele żyją swoim życiem. Nieoczekiwanie każdy z nich dostaje list z kredowymi ludzikami. Jak się okaże, przeszłość jednak nie da o sobie zapomnieć.

Pierwszą połowę książki czytało się bardzo dobrze, czuć było tzw. klimat thrillera. Mroczna historia i sposób jej przedstawienia, dialogi oraz dobranie postaci, sprawiły że lektura była wciągająca. Natomiast druga połowa książki okazała się znacznie bardziej monotonna i trochę przewidywalna. Jak dla mnie zabrakło napięcia, a rozwiązanie zagadki i zakończenie książki nieco mnie rozczarowało…

Czytałam, że "Kredziarza" porównuje się do „To” Stephena Kinga i do serialu „The Stranger Things”. Jeśli one zasługują na miano fenomenów popkultury, to „Kredziarzowi” jeszcze trochę do tego określenia brakuje. Książka ma potencjał i czyta się ją dobrze, ale nie jest to też coś ponadprzeciętnego. Skoro jest to debiut pisarki, można liczyć że każda kolejna książka C. J. Tudor będzie znacznie lepsza.

Za możliwość przedpremierowej lektury dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

Premiera: 28.02.2018r.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: pasztet z pestek dyni

Prosty do zrobienia i smaczny pasztet z pestek dyni, to dobry pomysł na dodatek do chleba. Należy jednak pamiętać, że pestki z dyni muszą się moczyć w wodzie przez całą noc. Potem już można działać kulinarnie. Polecam :)

Przepis znalazłam w piśmie "Slowly Veggie".

Składniki:

1 szklanka pestek dyni

1 marchewka

1 pietruszka

1 cebula

1 ząbek

1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej

ok. 8 suszonych pomidorów z oleju

3 łyżki oleju

2 płaskie łyżeczki pasty chili - opcjonalnie

sól, pieprz

szczypta kurkumy

łyżeczka słodkiej papryki

Przygotowanie:

  • Pestki zalewam zimną wodą i odstawiam na noc.
  • Cebulę kroję w kostkę, a marchew i pietruszkę ścieram na tarce. Przesmażam wszystko razem, dodaję pokrojony w plasterki czosnek, a następnie duszę pod przykryciem do miękkości. Jeśli zajdzie taka potrzeba, dolewam trochę wody. Doprawiam solą, kurkumą, pastą chili i papryką.
  • Namoczone pestki dyni blenduję z ugotowaną kaszą jaglaną. Dodaję usmażone warzywa oraz drobno posiekane suszone pomidory. Doprawiam do smaku solą i pieprzem.
  • Masę przekładam do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Piekę pasztet ok. 40 minut w 170 stopniach C. Kroję dopiero po całkowitym wystudzeniu.


KONTAKT



Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...