RSS
niedziela, 10 czerwca 2018
Leśna manufaktura cz. 4 (syrop z pędów sosny; "Ortodroma" M. Janiszewski)

Pogoda zachwyca swoją letnią odsłoną. Jest dużo słońca i jest bardzo ciepło. Oczywiście, jak to u mnie przekornie bywa, akurat w tym czasie choruję... Cieszę się zatem, że zrobiłam sobie w tym roku syrop z pędów sosny, który idealnie sprawdza się w przypadku infekcji górnych dróg oddechowych itp. Żałuję tylko, że tak szybko jest w użyciu...

Chwilowo nic mi się nie chce, nawet czytać. Cieszę się zatem, że pokończyłam wszelkie zlecenia i książkowe recenzje. Jedyną przyjemnością jest dla mnie zamknięcie oczu i po prostu zapadnięcie w sen.

W tym wpisie dzielę się z Wami przepisem na syrop z pędów sosny (może skorzystacie z niego w przyszłym roku) oraz krótką recenzją książki "Ortodroma".

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Ortodroma" Mateusz Janiszewski

Ortodroma, to najkrótsza droga pomiędzy dwoma punktami na powierzchni kuli biegnąca na jej powierzchni.

"Ortodroma" Mateusza Janiszewskiego, to książka, która nie jest lekturą prostą, lecz taką, która wymaga skupienia nad tekstem. Jest to reportaż literacki z podróży, napisany bardzo poetyckim językiem. Nie jest to jednak dosłowna relacja z podróży, jakiej moglibyśmy się spodziewać...

Autor podąża śladem legendarnej wyprawy, którą w 1914 roku odbył Ernest Shackleton (Podróż odbyła się na pokładzie Endurance. Jej celem było dotrzeć do Antarktydy. Pomimo wysiłków załogi statek został uwięziony w lodzie. Od kontynentu dzielił ich zaledwie dzień żeglugi. Rozpoczęła się walka o życie w nieprzyjaznym i bezlitosnym pustkowiu).

Wyprawa Janiszewskiego, to opis nie tylko zmagań z trudnościami i żywiołami napotykanymi podczas podróży, ale i opis walki z samym sobą, która często bywa trudniejsza. Autor opisuje czytelnikom to co widzi w danym momencie podróży, co czuje oraz dzieli się filozoficznymi przemyśleniami dotyczącymi życia, śmierci i podróży:

"Cudowność mnie odstrasza, a jeszcze bardziej przeraża mnie wyczuwalny w mieście wilgotny powiew oceanu, wzdrygam się pod jego dotykiem, choć przed chwilą lgnąłem do wody. Jeszcze zanim wzejdzie słońce, odwracam się plecami do morza i wdrapuję powoli na skaliste wybrzeże, ruszając w pusty interior wąską piaszczystą ścieżką przyklejoną do klifu. Zostawiam za sobą miasteczko - obietnice niezwykłych doznań, spotkań z morską fauną, gwarantowane zdjęcia wielorybów, emocje związane z polowaniami orek. Odchodzę ze świata soczystych doznań w suchą krainę skrytą za paskiem morskiej wilgoci osadzającej się na przybrzeżnej skale."

"Nikogo wokół nie ma na wiele kilometrów. Odczuwam dziwną satysfakcję. Tak właśnie chciałem spędzić swoje czterdzieste urodziny. Spływa na mnie ta samotność. Taka, jakiej szukałem i jaką sobie przez wiele lat wypracowałem. Samotność żeglarza, samotność osoby, z którą nie da się żyć, bo ciągle wyrywa się do przodu, ciągle gotowej, by całe życie spakować do żółtej torby i zanieść ją do miejsca, gdzie kończy się mapa".

Piękna książka, piękny język i styl. Warto po nią sięgnąć, aby w nieśpieszności delektować się tą ucztą literacką.

Za możliwość przedpremierowego przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: syrop z pędów sosny

Pamiętam, jak parę lat temu często chodziłam przeziębiona i miałam dość zażywania tabletek i specyfików z apteki. Kolega przytargał mi słoik z syropem z pędów sosny, który sporządzała jego mama. Syrop okazał się strzałem w dziesiątkę (do tego smacznym strzałem). Niestety syrop się skończył i choć chciałam go sobie zrobić sama, to jakoś zawsze kończyło się na chceniu.

W tym roku wreszcie się udało. Skorzystałam z rad i przepisu Klaudyny Hebdy (klik). Jest to przepis tradycyjny oparty na pędach, cukrze i alkoholu. Na blogu Klaudyny znajdziecie też przepis bez dodatku sacharozy.

Kilka ważnych uwag:

  • Pędy sosny są rocznym przyrostem drzewa, zatem jeśli zerwie się pęd, nie będzie gałązki. Zatem, jeśli zbieramy pędy, starajmy się ich nie zrywać z jednego drzewa. Najlepiej znaleźć miejsce obfitujące w sosny i tam zebrać tylko taką ilość, jaka będzie potrzebna dla zrobienia syropu.
  • Tradycyjnie pędy zbiera się w maju; najlepsze będą o długości ok. 7-10 cm. Należy pamiętać, że im młodsze pędy, tym mniej żywicy, ale więcej soku.
  • Pędów sosny nie obiera się i nie płuka pod wodą. Na pędzie i łupinkach zbierają się żywice, które mają właściwości lecznicze. Oczywiście warto podkreślić, że należy je zbierać z dala od zanieczyszczeń.
  • Pędy najlepiej przygotować od razu po zebraniu. Jeśli nie ma takiej możliwości, zawija się je w wilgotną ściereczkę i przechowuje kilka dni w lodówce.

Składniki:

pędy sosny (np. tyle ile zmieści 1 litrowy słoik)

cukier brązowy (ok. 1 szklanki)

ok. 100-200 ml alkoholu (spirytus, brandy, rum itp)

opcjonalnie kilka kwiatostanów męskich sosny

Przygotowanie:

  • Zbieram pędy sosny. podobnie jak Klaudyna, uważam że to najprzyjemniejsza część przygotowywania syropu.
  • Pędy tnę nożyczkami na mniejsze kawałki, wkładam do czystego słoika, zalewam alkoholem i odstawiam na kilka godzin (można na noc).
  • Po tym czasie zasypuję je cukrem. Mieszam całość i na wierzch leję jeszcze trochę alkoholu i na koniec jeszcze trochę cukru (już nie mieszam). Zamykam słoik i zostawiam w słonecznym miejscu na ok. 3-4 tygodnie.
  • Przez ten czas trzeba obserwować co się dzieje w słoiku. Jeśli cukier jest suchy i nic się nie dzieje, należy podlać jeszcze pędy alkoholem. Pędy już na drugi dzień powinny zmniejszyć swoją objętość i puścić sok. Jeśli macie mocno zakręcony słoik, możecie otwierać go na chwilę i "wietrzyć". Warto potrząsnąć słoikiem od czasu do czasu, żeby przemieszać całość.
  • Po 3-4 tygodniach przelewam syrop przez sitko do szczelnie zamykanych butelek i trzymam w lodówce. Syrop pięknie pachnie żywicą oraz jest naprawdę smaczny i zdrowy.

niedziela, 03 czerwca 2018
Leśna manufaktura cz. 3 (herbatka z lilaka) oraz kilka słów o książce

Dzisiejszy wpis to kilka słów na temat książki rewelacyjnej Jojo Moyes oraz opis moich kolejnych zmagań w temacie "leśnej manufaktury". Zapraszam do lektury :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Moje serce w dwóch światach" Jojo Moyes

"Przypomniały mi się słowa Agnes, że my, które wyjechałyśmy daleko od domu, zawsze będziemy miały serca w dwóch miejscach. Położyłam dłoń na sznurkowej kanapie i wreszcie się rozpłakałam."

"Moje serce w dwóch światach", to zwieńczenie historii Lou Clarke, którą czytelniczki/czytelnicy mieli okazję poznać w dwóch wcześniejszych książkach Moyes: "Zanim się pojawiłeś" i "Kiedy odszedłeś". Trzecia część może być rekompensatą za niepewności i rozterki, które mogły zostać po ich lekturze.

Lou próbuje stanąć na nogi i wyrusza do Nowego Jorku. Zostaje asystentką Agnes, żony jednego z nowojorskich bogaczy (jak się okazuje, jest to Polka). Jej życie nabiera tempa, a czas ma wypełniony do granic terminami, spotkaniami i wydarzeniami, które mają miejsce w tzw. wyższych sferach i w których Lou towarzyszy Agnes. Świat elit, drapaczy chmur i rozświetlonych alei jest zupełnie inny niż brytyjskie miasteczko, w którym dotychczas żyła. Codzienność nie jest dla niej zbyt łaskawa. Życie służbowe zaczyna dominować w jej życiu osobistym, a "przyjaźń" z Agnes nie ma dobrego wpływu na wrażliwą Lou. W tej całej gonitwie, dziewczyna zapomina o sobie, ale na tego typu refleksje zdobędzie się dopiero później. W tym wszystkim jednak, Lou zawsze będzie mogła liczyć na kilka osób, które będzie mogła nazwać przyjaciółmi.

Historia opisuje również próbę przetrwania związku na odległość Lou i Sama. Pojawia się wiele przeszkód na ich drodze, a w tym wszystkim pojawia się Josh, który jest niesamowicie podobny do jej wielkiej miłości, Willa...

Książka jest naprawdę wyjątkowa, zresztą jak wszystkie książki Jojo, które czytałam (wiem, to bardzo subiektywna opinia ;). Tym razem autorka także serwuje czytelnikom/czytelniczkom sporą dawkę słodko-gorzkich emocji, ale również i humoru, który jest nieodłącznie związany z Lou: wrażliwą, dobrą i zarazem zwariowana dziewczyną w pasiastych rajstopach. Jej postać jest niesamowicie pozytywna, a jej próby spełniania marzeń (mimo dramatycznych przeżyć i utraty ukochanego Willa) dają nadzieję, że wszystko może się zdarzyć, ale nie wolno się poddawać.

"Moje serce w dwóch światach" to książka, którą mogę polecić i jednocześnie nakłonić do sięgnięcia po wcześniejsze części serii. Naprawdę warto :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: susz na herbatkę z lilaka

Pomysł na taką herbatkę, znalazłam tutaj. Zaintrygował mnie opis "karmelowego smaku lilaka" i domowy sposób fermentacji. Oczywiście musiałam ten przepis wypróbować. Spodobało mi się to na tyle, że proces powtórzyłam z kolejnymi zebranymi kwiatami. Dlatego na zdjęciu widać, że jeden susz jest ciemniejszy (pierwsze podejście), a drugi jaśniejszy (drugie podejście). Nie wiem czemu tak mi wyszło, ale wygląd nie ma znaczenia jeśli chodzi o smak w tych obu przypadkach. Smak natomiast ma faktycznie coś z karmelu. Zapach jest również wyjątkowy i lekko herbaciany. Susz mieszam sobie z liśćmi zielonej lub czarnej herbaty, bo taka mieszanka smakuje mi najlepiej.

Co poza smakiem taka herbatka ma do zaoferowania? Według Inez, zawarta w lilaku syringina, to aktywny składnik biochemiczny, który działa ochronnie na wątrobę. Warto ją pić choćby po kuracji antybiotykowej, aby wspomóc zniszczoną wątrobę. 

Chociaż lilak już przekwitł, myślę że przepis może się przydać w przyszłym roku ;)

 A zatem, jak przygotować taki susz z lilaka?

  • Zbieramy kwiaty lilaka. Mogą być w dowolnym kolorze i odmianie. Ważne natomiast jest to, żeby były suche i bez liści. Mogą by mocno rozwinięte lub jeszcze w pączkach.
  • Kwiaty umieszczamy w słoju (pojemność ok. 1 litra) i dociskamy ręką.
  • Zamykamy szczelnie słoik i umieszczamy go w ciepłym miejscu, aż kwiaty staną się prawie białe. W temperaturze ok. 35 stopni C proces przebiega ok. 12 godzin. Idealnie sprawdził by się przypiecek lub kominek. Jeśli nie dysponujemy żadnym z powyższych, wykorzystujemy piekarnik. Ustawiamy go na 45 stopni C i po 2-3 godzinach powinno być po wszystkim. Trzeba kontrolować co się dzieje w słoiku.
  • Wyciągamy kwiaty ze słoika, które w kontakcie z powietrzem, natychmiast zrobią się brązowe.
  • Zaczynamy suszenie, można w piekarniku: temperatura ok. 40 stopni C, przy uchylonych drzwiczkach piekarnika. Od czasu do czasu należy susz przemieszać. Kiedy będzie już suchy, przekładamy go do szczelnie zamykanych słoiczków.

niedziela, 20 maja 2018
Leśna manufaktura cz. 2 (syrop z lilaka, tzw. bzu)

Maj jeszcze przez ostatnie dni będzie uwodził zapachem lilaka (potocznie nazywanego bzem). Zapach roznosi się właściwie wszędzie, począwszy od ogrodów, po dzikie polany i nasze mieszkania, gdzie gałęzie dumnie prężą się w wazonach.

Pomysł na zrobienie syropu nie jest może odkrywczy, ponieważ w Internecie pojawia się sporo przepisów na jego wykonanie. Postanowiłam zatem w tym roku wykorzystać pięknie pachnący lilak nie tylko do celów ozdobnych, ale i praktycznych. 

Bazowałam na tym przepisie.

Wskazówki: kwiaty najlepiej zbierać z samego rana w słoneczny dzień (kwiaty mają najbardziej intensywny aromat w godzinę po otwarciu; co do deszczu to wiadomo, wypłukuje aromat). Kwiaty należy zbierać z dala od dróg, ponieważ te łatwo chłoną zanieczyszczenia.

Składniki:

2,5 szklanki białego drobnego cukru

2,5 szklanki świeżo zebranych kwiatów lilaka

1 dodatkowa szklanka kwiatów lilaka zbierana w dniu gotowania syropu

ok. 1/2 szklanki ciepłej wody

1-2 łyżki soku z cytryny

Przygotowanie:

  • Jeśli kwiaty były zbierane z niezanieczyszczonych miejsc, nie ma sensu ich płukać, żeby nie wypłukiwać części aromatu. Kwiatostany rwę na mniejsze kawałki, usuwając jednocześnie grube łodygi. Kwiaty odmierzam po lekkim dociśnięciu dłonią kwiatów w szklance.
  • Do litrowego szklanego słoika wsypuję kwiaty i zasypuję je cukrem. Zamykam szczelnie słoik, potrząsam nim kilka razy, aby składniki się dobrze połączyły.
  • Słoik umieszczam w ciemnym i chłodnym miejscu (ale nie w lodówce). Pozostawiam go na 2-3 dni i od czasu do czasu potrząsam.
  • Po tym czasie kwiaty stracą kolor, puszczą nieco soku, a cukier stanie się wilgotny. Przesypuję go do garnka. Duża część cukru zostanie na ściankach słoika, dlatego wlewam do niego ciepłą wodę, zamykam i potrząsam do czasu aż cukier rozpuści się w wodzie.
  • Przelewam mieszankę ze słoika do garnka z kwiatami i gotuję na małym ogniu do czasu, aż cały cukier rozpuści się w wodzie. W razie potrzeby można dolać nieco więcej wody. Ważne żeby syrop za bardzo nie bulgotał.
  • Dodaję szklankę świeżych kwiatów i gotuję 3-4 minuty, a na koniec dodaję sok z cytryny.
  • Wyłączam gaz, przykrywam garnek pokrywką i zostawiam do lekkiego ostygnięcia.
  • Kiedy syrop będzie miał temperaturę pokojową, przecedzam go przez sitko, dokładnie odciskając kwiaty (w nich jest najwięcej aromatu).
  • Przelewam syrop do szklanych butelek/słoików i trzymam w lodówce.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Źródło rysunku botanicznego: Johann Georg Sturm (Painter: Jacob Sturm) - Fig. from book Deutschlands Flora in Abbildungen. at http://www.biolib.de; https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=764552

niedziela, 06 maja 2018
Leśna manufaktura cz. 1 (próba zrobienia cukru fiołkowego)

Wiosna w pełni.

Morze póki co odstawiłam na dalszy bok. Teraz żyję lasem i tym, co się w nim dzieje. Ostatnio był cudny spacer w okolicach Leśnego Ogrodu Botanicznego w Marszewie z aparatem w ręku, było też kilka przejażdżek rowerowych po Rezerwacie przyrody w Cisowej, a od czasu do czasu wybrałam się pobiegać po lesie. Podziwiam to, co dzieje się z przyrodą, chłonę widoki i zapachy...

Nieśmiało zapragnęłam zachować na dłużej to, co ma do zaoferowania natura. Co prawda daleko mi do Klaudyny Hebdy czy Inez Herbiness (zajrzyjcie do nich na blogi!). Jednak stwierdziłam, że warto choćby próbować. Już kiedyś robiłam miodek majowy, wg przepisu Agnieszki Maciąg (tutaj), a teraz nabrałam apetytu na więcej.

W pierwszej kolejności zabrałam się za fiołki. Nie obyło się bez wpadki, bo zamiast fiołka pachnącego, nazbierałam jego inną odmianę (Viola riviniana), która już nie pachnie tak intensywnie, jak liliowy faworyt (Viola odorata)... Pocieszam się, tym że za rok znajdę tę bardziej pachnącą odmianę. Póki co, wzięłam się za to co mam ;)

Kwiatów uzbierałam niewiele, bo czułam, że pierwszy raz nie gwarantuje sukcesu. Zatem eksperymentalnie, uzbierałam sporą garść fiołków i od nich zaczęłam moje próbne działania. Bazowałam na przepisie Dusi i podaję dokładne ilości, które są na jej blogu.

Składniki:

1 szklanka cukru

pół szklanki kwiatków fiołka

Przygotowanie:

  • Fiołki ucieram w moździerzu z cukrem i zostawiam do wysuszenia. Ważne: najlepiej żeby było jak najmniej łodyżek (najlepiej same płatki), ponieważ ucieranie kwiatów z zielonymi częściami łodyżek może sprawić, że cukier nabierze "trawiastego" posmaku.
  • Suszenie może wspomóc piekarnik (ok. 45 stopni C; należy często sprawdzać stan wysuszenia kwiatów i cukru).
  • Po wysuszeniu, kwiaty i cukier można dodatkowo zmielić w młynku do kawy lub utrzeć w moździerzu. Przechowuje się go w szczelnie zamykanym słoiczku.
  • Cukier fiołkowy można wykorzystać do pieczenia ciasteczek, ciast, napojów. Z pewnością będzie też ciekawą ozdobą cukierniczą.

sobota, 21 kwietnia 2018
Wiosna w rozkwicie (pulpeciki w sosie musztardowym z pieczarkami)

Nareszcie czuć wiosnę: jest sporo słońca, robi się coraz bardziej zielono i coraz więcej kwiatów upiększa świat wokół. Ptaki budzą rano o świcie swoim śpiewem, powietrze pachnie zupełnie inaczej i sprawia, że chce się żyć bardziej. I chłonąć to wszystko każdym zmysłem i zapisywać w pamięci na zapas, kiedy przyjdą jesienno-zimowe czasy.

Dziś dzielę się z Wami sprawdzonym przepisem na pulpeciki, które mogą stać się ciekawą propozycją niedzielnego obiadu. Zapraszam :)

Pulpeciki utaplane w kremowym, śmietankowym sosie z dodatkiem pieczarek, to połączenie idealne. Wystarczy dodatek kaszy, makaronu lub ziemniaków i mamy gotowy obiad. Polecam, bo w krótkim czasie mamy przygotowany naprawdę konkretny posiłek ;)

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki na ok 25 sztuk:

700 g mięsa mielonego

1 bułka kajzerka (może być czerstwa)

6 łyżek mleka

2 ząbki czosnku

płaska łyżeczka pasty paprykowej, sosu (np. sambal oelek)

pół łyżeczki suszonego oregano

1,5 szklanki bulionu

1 łyżka sosu sojowego

1 łyżeczka musztardy

3 łyżki musztardy francuskiej (ziarnistej)

300 g pieczarek

pół szklanki śmietanki 30%

opcjonalnie: natka pietruszki

olej, masło, mąka pszenna i ziemniaczana

Przygotowanie:

  • Mięso mielone wkładam do większej miski.
  • Bułkę zalewam mlekiem, kiedy zmięknie, rozdrabniam ją i dodaję do mięsa.
  • Mięso doprawiam solą, pieprzem, drobno startym czosnkiem, pastą paprykową, oregano. Dokładnie wyrabiam ręką i wilgotnymi dłońmi formuję nieduże pulpeciki.
  • Rozgrzewam patelnię z 2 łyżkami oleju i dodaję pulpeciki. Obsmażam dokładnie z dwóch stron na złoty kolor, ok. 10-13 minut.
  • W garnku zagotowuję bulion z dodatkiem sosu sojowego. W gotujący się bulion wkładam obsmażone pulpeciki, zagotowuję. Dodaję obydwie musztardy i delikatnie mieszam całość. Przykrywam, zmniejszam ogień i gotuję ok. 25 minut, w międzyczasie parę razy mieszam całość.
  • Na patelnię po pulpecikach wkładam łyżkę masła, dodaję pokrojone pieczarki i smażę aż zmiękną, a następnie odparuje woda, a pieczarki się zrumienią. Wtedy doprawiam je solą i mieszam.
  • Gdy pulpeciki będą gotowe, dodaję do nich pieczarki, wlewam śmietankę i zagotowuję. Gotuję ok, 5 minut, a następnie odlewam trochę sosu i mieszam go z łyżeczką mąki ziemniaczanej i łyżeczką mąki pszennej. Przelewam do reszty sosu w garnku, mieszam i zagotowuję.
  • Gotuję jeszcze ok. 2 minut aż sos zgęstnieje. Gotowe danie można posypać natką pietruszki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 106


KONTAKT



Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...