RSS
wtorek, 25 września 2018
Jesiennie ("Manhattan Beach" J. Egan; kasza bulgur z indykiem, kalafiorem i fasolką)

Nie jestem gotowa na jesień: na zimno, deszcz, wiatr i ciemność. Nie cieszy mnie wizja blasku świec, ciepłych swetrów, koca i gorącej herbaty. Drobne radości nie zakryją wewnętrznej melancholii, która wgryzła się mocno w serce i daje o sobie znać.

Od października będę mieć jeszcze więcej na głowie niż dotychczas. Z jednej strony to dobrze, bo nie będę miała czasu na dołki, smutki i analizy. Z drugiej zaś, rodzą się obawy, czy podołam ze wszystkim i czy aby jednak nie przesadziłam? Jak zwykle, wszystko okaże się niebawem.

Skupmy się jednak na dzisiejszym wpisie. Podobnie jak ostatnio, będzie książkowo i kulinarnie. Klika słów o nowej książce otrzymanej od Wydawnictwa Znak Literanova oraz kolejny sprawdzony przepis na smaczny obiad. Zapraszam :)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Manhattan Beach" Jennifer Egan

Jennifer Egan, amerykańska pisarka, która może poszczycić się zdobytą w 2011 roku, Nagrodą Pulitzera i National Book Critics Circle Award za powieść "Zanim dopadnie nas czas". Poza pisaniem książek, publikuje również w The New Yorker oraz pracuje jako dziennikarka w The New York Times Magazine. Jej książka "Manhattan Beach" została uznana przez mieszkańców Nowego Jorku za najlepszą powieść roku oraz została nominowana do National Book Award 2017.

Lata czterdzieste dwudziestego wieku: świat ogarnięty jest wojną. Poznajemy Annę Kerrigan, dziewiętnastoletnią dziewczynę, która pracuje jako nurek. Podjęła się tego, wówczas typowo męskiego zajęcia, mimo niesprzyjających równouprawnieniu czasom. Wykazała się w tym wytrwałością i siłą. Wcześniej pracowała w stoczni marynarki wojennej, ale czuła, że nie jest to dla niej odpowiednie zajęcie.

Sytuacja rodzinna bohaterki nie jest sprzyjająca. Jej ojciec któregoś dnia po prostu nie wraca do domu. Anna była z nim bardzo związana, zwłaszcza kiedy była dzieckiem. Matka żyje w przekonaniu, że on po prostu porzucił rodzinę, bo nie poradził sobie z ciężarem nieuleczalnej choroby drugiej córki, Lidii. Kobiety zostawione same sobie, walczą o normalne życie. Anna z pomocą pewnego mężczyzny z przeszłości jej i jej ojca, udaje się na plażę z siostrą, aby ta mogła zobaczyć morze i pobyć na plaży Manhattan Beach. Po jakimś czasie od tej wycieczki, Lidia umiera. Matka Anny jest zrozpaczona i nie radzi sobie z tragedią, jaka je spotkała. Postanawia wyjechać do rodziny. Anna zostaje, a w jej życiu zaczyna się dziać coraz więcej. Poza tym, postanawia się dowiedzieć, co tak naprawdę stało się z jej ojcem. Jak się okaże, umiejętność nurkowania, będzie jej w tym niezbędna.

"Manhattan Beach" to powieść, której nie da się przeczytać w tzw. jeden wieczór. Nie chodzi tu jedynie o jej objętość (prawie 600 stron), ale o samą treść książki i poruszane w niej tematy, przedstawiane tajemnice, intrygi, ale i skomplikowany świat uczuć damsko-męskich. Całość opisana jest pięknym, obrazowym językiem. Książka jest idealna, na długie, jesienne wieczory. 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: kasza bulgur z indykiem, kalafiorem i fasolką

Bardzo proste w przygotowaniu danie jednogarnkowe. W sezonie używamy świeżych warzyw, a poza sezonem sprawdzą się mrożone. Potrawa smakuje równie dobrze odgrzana na drugi dzień. Polecam.

Przepis znalazłam na niezawodnej Kwestii Smaku.

Składniki (2 porcje):

1 łyżka oliwy + 1 łyżka masła

1/2 cebuli

1/2 pora

2 ząbki czosnku

200 g mielonego indyka

po 1 łyżeczce suszonego oregano i mielonej kurkumy

120 g kaszy bulgur

opcjonalnie: 5 łyżek białego wina

300 g kalafiora

200 g zielonej fasolki szparagowej

1 i 1/2 szklanki bulionu drobiowego

liść laurowy

Przygotowanie:

  • Na dużej i głębokiej patelni (najlepiej z pokrywką), na oliwie i maśle podsmażam pokrojoną w drobną kostkę cebulę oraz pokrojonego w kosteczkę pora. Mają się zeszklić.
  • Dodaję przeciśnięty przez praskę czosnek, zmielone mięso, przyprawy (oregano i kurkumę) oraz sól i pieprz. Co chwilę mieszam i obsmażam mięso przez ok. 5 - 7 minut.
  • Dodaję suchą kaszę bulgur, mieszam i smażę przez ok. 1 - 2 minuty. Wlewam wino i chwilę odparowuję.
  • Dodaję  kalafiora podzielonego na różyczki oraz pokrojoną na kawałeczki fasolkę, mieszam. Wlewam gorący bulion i zagotowuję. Dodaję liść laurowy, przykrywam i gotuję przez ok. 15 minut do miękkości składników.
niedziela, 09 września 2018
Sałatka z ziemniaków i co nieco do czytania

Wrześniowe zabieganie. Ilość spraw, które mam na głowie, rzeczy do zrobienia i ogarnięcia, a także daty, których trzeba pilnować - wszystko to budzi lekką panikę, a do tego system kalendarzowo-karteczkowy czasem szwankuje. Na szczęście, w tym chaosie, są chwile wytchnienia, które dodatkowo przynoszą sporo radości i rozbudzają wewnętrzne ciepełko. Te momenty porządnie ładują moje baterie i po chwilowych słabościach, znów mogę działać z pełną mocą.

A jak u Was rozpoczął się wrzesień? :)

Tymczasem zapraszam Was do lektury wpisu, w którym piszę o książkach, które mogłam przeczytać dzięki Business and Culture (obie książki wydało Wydawnictwo Muza). Poza tym, w części kulinarnej, przepis na smakowitą ziemniaczaną sałatkę.

Książkowo

1. "Sztuka skutecznego proszenia. Jak umiejętnie narzekać, aby osiągnąć cel, poprawić relację z ludźmi i wzmocnić poczucie własnej wartości" Guy Winch

Przyznam szczerze, że tytuł nie był zbytnio zachęcający (już bardziej przemawiałby oryginalny, "The Squeaky Wheel" lub sam podtytuł). Zasiadłam jednak do lektury, żeby sprawdzić, czy jest to pozycja, którą warto kupić.

Jak się okazało, jest to książka, która może stać się bliska wielu osobom. Porusza bowiem problem narzekania i marudzenia, które często bywa bezproduktywne i nie niesie ze sobą nic dobrego. Niektórzy z narzekania tworzą wręcz narrację swojego życia, stając się jednocześnie bezradnymi ofiarami. Autor podkreśla, że im dłużej pozostajemy w tej roli, tym bardziej staje się ona naszą tożsamością. Zaznacza również, że chronicznie narzekającymi nie stajemy się nagle, choćby w godzinę. Jest to proces, który może być zapoczątkowany choćby poprzez jakieś traumatyczne wydarzenie, które sprawia, że stajemy się powoli osobami szukającymi współczucia i zrozumienia we wszystkich aspektach naszego życia. Wciąż się skarżymy, płaczemy i użalamy na swój los. Winch porusza przy okazji temat litości i uświadamia nam, że jest ona niezwykle toksyczna dla zdrowia psychicznego. Nie można jej akceptować, poza sytuacjami naprawdę tragicznymi. "Litość to trucizna psychologiczna, a chronicznie narzekający pochłaniają ją w ogromnych ilościach", pisze autor.

Guy Winch chce nas przekonać, że marudzenie można zamienić na coś pozytywnego. Uzasadnia to, przytaczając historie swoich pacjentów, a także opisując wydarzenia, które miały wpływ na jego samego. Poza tym, dokładnie wyjaśnia czytelnikom, jak działa mechanizm narzekania i jak można go zmienić w coś pozytywnego, dzięki czemu osiągniemy nasze cele, poprawimy relacje z bliskimi oraz wzmocnimy poczucie własnej wartości.

Podsumowując: jest to książka, po którą warto sięgnąć. Jej lektura pozwoli uzmysłowić sobie, że narzekanie nie zmieni naszego świata i relacji, ale przy odrobinie chęci i zastosowaniu wskazówek zawartych w książce, można osiągnąć więcej, niż zakładamy.

2. "Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę" Raphaelle Giordano

Książka nie zachęciłaby mnie ani okładką, ani tytułem, by po nią sięgnąć. Na domiar złego (jak dla mnie), określono ją jako poradnik, a po tego typu książki nie sięgam zbyt często. Wątpliwą wisienką na torcie było również opisanie tematu książki jako: "jak przestać być bucem"... Buc to według autorki osoba, która uważa się za centrum wszechświata, wie wszystko najlepiej, patrzy na ludzi z góry, nie słucha innych i w ogóle jest najlepsza we wszystkim.

Mimo dość negatywnego nastawienia, zasiadłam do lektury i po kilku stronach stwierdziłam, że w sumie nie jest źle. Książka nie jest napisana jak typowy poradnik, a wręcz czyta się ją jak najzwyklejszą powieść. Pozycja ta zaś ukazuje drogę, jak przestać być bucem. Dopiero na końcu jest kilka stron, w których autorka wyjaśnia pewne terminy, dzieli się wskazówkami, z których można skorzystać.

Poznajemy zatem bohaterów książki. Romane Gardener, jest kobietą poukładaną, która przeszła nie jedno w swoim życiu. Prowadzi szkolenia terapeutyczne, między innymi właśnie pomagające w zaprzestaniu bycia bucem. Poza tym wspiera osoby, które z takimi osobami mają do czynienia na co dzień. Poznajemy uczestników kursu oraz powody, dla których się tu znaleźli. Każdy jest inny i dla Romane wymyślenie dla nich zajęć jest niesamowitym wyzwaniem. Podczas lektury, mamy możliwość dowiedzieć się, jakie są to zajęcia, jak podeszli do nich uczestnicy i ostatecznie dowiadujemy się, jak się to wszystko zakończyło i czy dla każdego zakończenie było pozytywne. Muszę przyznać, że niektóre z zadań były bardzo ciekawe i sama zastanawiałam się, jak ja bym do nich podeszła.

Jednym z uczestników kursu jest Maximilien Vouge, biznesmen i jednocześnie wzorcowy przykład "pępka świata". Jego los i do tego spotkanie z Romane jest czymś przewidywalnym, gdzieś tam czuje się, czym to wszystko się skończy. Końcówka książki jest zatem niczym z powieści obyczajowej, a do tego mocno romantycznej.

Podsumowując: nie jest to do końca mój typ książki. Zwłaszcza zakończenie było dla mnie męczące, ponieważ dość mocno ociekało słodkim lukrem, zamieniając lekturę w przewidywalny romans. Nie jest to zła książka, ale na pewno sama z siebie nie sięgnęłabym po nią w księgarni.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: sałatka z ziemniaków z pesto bazyliowym, prażonymi pestkami słonecznika i ziarnami komosy ryżowej

Przepisy na sałatki są zawsze w cenie, przynajmniej u mnie. Dodatkowo, kiedy głównym składnikiem są w nich ziemniaki, stają się tym bardziej kuszące.

Tym razem źródłem inspiracji był lipcowo-sierpniowy numer Kukbuka. Oczywiście najlepiej smakowałaby z młodych ziemniaków, ale myślę że te dostępne teraz, mogą być równie smaczne. Przepis nieco zmodyfikowałam po mojemu. Przede wszystkim obrałam ziemniaki (co jest istotne, kiedy nie robimy sałatki na początku kartofelkowego sezonu), po ugotowaniu podsmażyłam je na oleju, czego w oryginale nie było. Co jeszcze... Nie miałam pestek dyni, zatem dałam trochę więcej pestek słonecznika i użyłam tylko białej komosy, bo akurat taką miałam w zapasie. Co do pesto, wiadomo że robione samemu jest najlepsze, ale jeśli nie macie czasu, to możecie użyć gotowego (ale zadbajcie o to, by miało dobry skład).

Składniki:

8 ziemniaków

pęczek bazylii

2 łyżki pestek słonecznika i 2 łyżki pestek dyni uprażonych z odrobiną sosu sojowego

2 łyżki octu jabłkowego

2 łyżki miodu

2 ząbki czosnku

sól i pieprz do smaku

oliwa/olej wg uznania

do podania: 1 łyżka uprażonych ziaren komosy ryżowej; 1 łyżka uprażonych pestek słonecznika; opcjonalnie: listki z 2 gałązek tymianku

Przygotowanie:

  • Ziemniaki obieram i gotuję w osolonym wrzątku (nie mogą być zbyt miękkie). Po ugotowaniu, odcedzam je i kroję w grubsze plastry/cząstki. Podsmażam na patelni, aż się zarumienią.
  • Liście bazylii wkładam do blendera, dodaję uprażone pestki, ocet, miód, czosnek, sól, pieprz i blenduję na jednolitą masę. W trakcie dodaję tyle oliwy/oleju, by uzyskać aksamitną konsystencję.
  • Ziemniaki mieszam z pesto, posypuję komosą, pestkami słonecznika i opcjonalnie listkami tymianku.
  • Sałatka jest dobra na zimno i na ciepło :)

czwartek, 30 sierpnia 2018
O szarlotce z papierówek i o dwóch zupełnie różnych książkach

Bez zbędnych słów, zapraszam do lektury nowego wpisu. Jest w nim kilka słów o dwóch zupełnie różnych książkach: jedna z nich mroczna, ukazująca do czego bywają zdolni niektórzy ludzie, druga zaś opisująca japońską sztukę życia wabi-sabi. Natomiast kulinarnie, dzielę się z Wami przepisem na szarlotkę z papierówek. Przepis sprawdzony i warty polecenia. Zapraszam :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo

"Mindhunter. Podróż w ciemność" John E. Douglas; Mark Olshaker

"Mindhunter. Podróż w ciemność" to książka, po której zostały we mnie mieszane uczucia, dlatego trudno mi jest ją jednoznacznie ocenić. Były momenty, w których nie mogłam się od niej oderwać, aby za chwilę oczekiwać końca przydługiego i nużącego wątku.

Początek książki to przedstawienie procesu profilowania oraz opisanie, jakimi cechami powinien charakteryzować się dobry profiler. Autor zarazem podkreśla, że najlepsi są tzw. kreatywni myśliciele. Dalej Douglas opisuje konkretne zbrodnie, ze wszystkimi (bardzo mocnymi i wstrząsającymi) szczegółami. Przedstawia również, jak powstawały profile przestępców. W to wszystko wplata historię ofiar, kim były, jak wyglądało ich życie itp. Z tych wszystkich historii, najbardziej wciągający był wątek dotyczący Sue Blue - "śmierć marine".

Dodatkowo autor poświęcił rozdział na to, aby uświadomić rodziców, jakie niebezpieczeństwa mogą grozić dzieciom, na co zatem powinni zwracać uwagę i dodaje, że powinni uczyć swoje dzieci  bycia profilerami; muszą one wiedzieć, do których ludzi najbezpieczniej się udać, kiedy będą potrzebowały pomocy.

"Mindhunter. Podróż w ciemność", to bardzo mroczna książka, która szczerze i bez znieczulenia wprowadza nas w świat okrutnych zbrodniarzy. Pokazuje czytelnikom, że na świecie jest wiele zła i że zawsze należy kierować się zasadą ograniczonego zaufania. Pomimo kilku słabszych fragmentów, większa jej część jest wciągająca, przez co szybko się ją czyta, a i wiele z niej zostaje w głowie po przeczytaniu.

Książka będzie miała premierę 3 października 2018 roku. Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

 --------------------------------------------------------------------------------------------------------------

"Żyj Wabi-Sabi. Japońska sztuka odnajdywania piękna w niedoskonałości" Julie Pointer Adams

"Twardo stąpajcie po ziemi, bądźcie otwarci, ciepli i unikajcie pretensjonalności."

Jakiś czas temu usłyszałam o tzw. hygge, które zresztą w dość szybkim czasie zyskało niesamowitą popularność, a książki poruszające tę tematykę wyrastały, jak grzyby po deszczu. Zresztą, sama z ciekawości zakupiłam jedną z nich... Teraz w moje ręce trafiła książka "Żyj Wabi-Sabi. Japońska sztuka odnajdywania piękna w niedoskonałości" autorstwa Julie Pointer Adams. Czy jest to pozycja, po którą warto sięgnąć?

Książka jest bardzo pięknie wydana, co widać już na pierwszy rzut oka. Potem jest już tylko lepiej: mnóstwo klimatycznych zdjęć, przejrzysta treść i prostota przekazu. Autorka podkreśla jednak, że książka może stać się "piękna" tak naprawdę, kiedy trafi w nasze ręce, a my będziemy w niej zaznaczać ulubione fragmenty, zaginać rogi lub kiedy po prostu zaplamimy ją przypadkiem sosem podczas gotowania. Dzięki temu, nabierze "idealnej platyny w stylu wabi-sabi".

Na początku książki, autorka wyjaśnia pojęcie "wabi-sabi", które wywodzi się z Japonii: wabi, to pokora i prostota, życie w zgodzie z naturą; sabi, to upływ czasu, piękno naturalnego starzenia. Połączenie tych dwóch pojęć stało się filozofią życia, w której celebruje się "doskonałą niedoskonałość". Może nią być piękno, które odnaleźć można w nieoczywistych, nie zawsze popularnych miejscach lub rzeczach, a także w chwilach, które często nam uciekają w codziennym zabieganiu.

Każdy rozdział opisuje wybraną regułę związaną z wabi-sabi i jednocześnie przybliża miejsce, gdzie ta zasada jest praktykowana. Możemy zatem poczytać o Japonii, Danii, Kalifornii, Francji i Włoszech. Poznajemy ludzi, którzy stosują tę praktykę w swoim codziennym życiu. Ponadto sama autorka dzieli się tutaj historiami wziętymi z życia swojego, bliskich i znajomych. Podaje wskazówki, jak sprawić, by nasz dom był otwarty i przyjazny dla gości oraz dzieli się przepisami kulinarnymi na proste i smaczne przekąski. Podkreśla też, że jeśli gościmy rodzinę lub znajomych, to ważny jest nie blichtr i wielkie gesty, ale wspólne spędzanie czasu i dostrzeganie piękna ukrytego w rzeczach codziennych, najprostszych.

Dość ważnym zagadnieniem, które zostaje opisane w książce, to kwestia tego, że wabi-sabi jest filozofią zachęcającą do zaradności i kreatywnego korzystania z już posiadanych przedmiotów. Kupno nowych rzeczy, to tak naprawdę ostateczność.

Podsumowując, książka nie jest odkrywcza, w zasadzie zwraca uwagę na wszystko to, co wydaje się nam oczywiste. Z pewnością jednak większość z nas, zupełnie nie dostrzega na co dzień tych małych radości i oczywistości. "Żyj wabi-sabi" może być zatem skutecznym uświadamiaczem i przypominajką. Jej lektura nie zajmie nam dużo czasu, w ciągu jednego dnia (góra dwóch) będzie przeczytana, ale zawsze można do niej wrócić lub do zaznaczonych wcześniej podczas czytania fragmentów. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie

Szarlotka z papierówek

W tym roku jabłonka na działce u Rodziców wyjątkowo obrodziła w pyszne papierówki. Zatem pierwsza myśl, jaka pojawiła się, jeśli chodzi o ich wykorzystanie, to "upiekę szarlotkę". Zdecydowanie była to najsmaczniejsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Wyszła pyszna, delikatna, a jabłka w połączeniu z kruchym i maślanym ciastem, dały idealne smakowo połączenie.

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

300 g mąki pszennej

250 g zimnego masła

2 łyżeczki proszku do pieczenia

80 g cukru

łyżeczka cukru waniliowego

1 jajko

1,5 kg jabłek papierówek

pół łyżeczki cynamonu

cukier puder do posypania

Przygotowanie:

  • Dno tortownicy o średnicy min. 24 cm (u mnie 26 cm), wykładam papierem do pieczenia, zapinam obręcz wypuszczając brzegi papieru na zewnątrz.
  • Zagniatam ciasto kruche: do mąki dodaje pokrojone w kosteczkę masło, proszek do pieczenia, cukier i cukier wanilinowy. Siekam składniki (można rozdrabniać dłońmi lub mieszadłem miksera) na drobną kruszonkę.
  • Dodaję jajko i łączę składniki w jednolite ciasto. Wstawiam do lodówki (można do zamrażarki, jeśli ciasto wyszło bardzo miękkie; u mnie właśnie było bardzo miękkie).
  • Jabłka obieram, kroję na ćwiartki i wycinam gniazda nasienne. Kroję na plasterki i mieszam z cynamonem.
  • Piekarnik nagrzewam do 180 stopni C. Połowę ciasta kroję na plastry i wyklejam nimi spód oraz ok. 2 - 3 cm boków formy.
  • Dodaję jabłka (można je z wierzchu posypać ok. 3 łyżkami cukru), a na nie ścieram drugą część ciasta (na tarce o dużych oczkach).
  • Wstawiam do piekarnika i piekę przez ok. 40 minut na złoty kolor. Posypuję cukrem pudrem.

niedziela, 05 sierpnia 2018
Daleko od miasta

Książkę Natalii Sosin-Krosnowskiej "Cisza i spokój" pochłonęłam w niesamowitym tempie. Autorkę znałam wcześniej z programu "Daleko od miasta", w którym to pokazywała życie byłych mieszczuchów, którzy postanowili "rzucić wszystko", zamieszkać na wsi i zacząć tam nowe życie.

"Cisza i spokój" jest zbiorem historii opisujących drogę, jaką musieli przebyć ludzie, kiedy zdecydowali się na przeprowadzkę z miasta na wieś. Książka szczerze ukazuje, czy ich marzenia się ziściły, czy okazały się początkiem końca nieprzyjemnych niespodzianek.

W tej pozycji nie ma lukrowanych opowiastek, jak cudna i prosta jest ucieczka do nowego życia z dala od miasta. Bywa różnie, lepiej bądź gorzej, a książka pozwala nieco zweryfikować nasze zapędy, plany i marzenia.

Natomiast ja, dalej romantycznie i nieco może naiwnie, tęsknię za życiem w małym drewnianym domku, z dala od miasta, w ciszy i spokoju...

Kulinarnie: zupa szczawiowa

Szczaw w tym roku wyjątkowo bujnie rozrósł się na działce. Narwałam go tyle, żeby ugotować z niego zupę. W domu rodzinnym pojawiała się na naszym stole od czasu do czasu i była to jedna z moich ulubionych zup. Lubiłam ją ze względu na specyficzny smak i połączenie składników: ziemniaków, jajek i liści szczawiu. Do tego zawsze miałam kromkę chleba ;)

Przepis jest taki bardziej orientacyjny, nie trzymam się go ściśle: czasem jest więcej szczawiu lub ziemniaków. Zawsze jednak wychodzi i smakuje ;)

Składniki:

Ok. 1-1,5 litra domowego bulionu

Ok. dwóch sporych garści szczawiu (tyle, ile udało mi się narwać w obie dłonie)

3-4 ugotowane ziemniaki, pokrojone w kostkę

3-4 jajka ugotowane na twardo i pokrojone w dowolny kształt

opcjonalnie: śmietana do zabielenia

Przygotowanie:

  • Liście szczawiu płukam, a następnie osuszam na papierowym ręczniku i siekam w szerokie paski. Podsmażam dosłownie przez chwilę na maśle i przekładam do gotującego się bulionu razem z ziemniakami. Gotuję 2-3 minuty.
  • Zabielam zupę niewielką ilością śmietany (należy uważać, aby się nie zważyła) i dodaję pokrojone jajka. Doprawiam do smaku.

niedziela, 22 lipca 2018
Lato w pełni (tarta z malinami, borówkami i kremem mascarpone)

Lato w pełni. Nie ma co narzekać, że za gorąco, za duszno, nieprzyjemnie. Taka pogoda sprawia tylko, że nadchodząca jesień może nabrać dla nas większej wartości. Dlatego czerpię garściami z tego, co lato ma do zaoferowania: spacery, las, morska bryza, wiatr we włosach, sukienki, piegi na nosie, ale i wychodzenie ze stref komfortu i odnajdywanie spokoju tam, gdzie się go nie spodziewałam.

Zaczynam urlop. Bez konkretnych planów, wyjazdów w dalekie kraje. Spokój i odpoczynek od problemów mam zamiar znaleźć w najprostszych chwilach...

Prosty przepis na tartę: maślane kruche ciasto, słodki krem i świeże, sezonowe owoce. Przyznaję, że krem zrobił na mnie największe smakowe wrażenie i mogłabym go wyjadać łyżeczką, ot tak po prostu i bez dodatków ;)

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

Spód:

250 g mąki

150 g schłodzonego masła

szczypta soli

3 łyżki cukru

1 jajko

Krem:

250 g mascarpone

250 ml mleka zagęszczonego schłodzonego (z puszki)

2 jajka

świeże maliny i borówki

Przygotowanie:

  • Formę na tartę o średnicy ok. 24 cm smaruję masłem. Mąkę przesiewam do miski, dodaję zimne masło pokrojone w kostkę, sól i cukier. Rozcieram składniki palcami (można mikserem), aż powstaną drobne okruchy ciasta. Dodaję jajko i łączę składniki w kulę. Ciasto przekładam do lodówki na ok. godzinę.
  • Piekarnik nagrzewam do 190 stopni C. Ciasto rozwałkowuję na grubość ok. 0,5 cm. Najlepiej robić to na papierze do pieczenia oprószonym mąką. Ciasto razem z papierem przenoszę do formy, odwracam papierem do góry i wykładam nim dno oraz boki formy, odklejam papier. Odcinam nadmiar ciasta. Wstawiam do lodówki na czas nagrzania piekarnika. (UWAGA: w oryginale z tej ilości ciasta pozostało około 1/3 do wykorzystania innym razem. Można też upiec 2 tarty wykorzystując połowę ilości ciasta. U mnie zużyte zostało praktycznie całe ciasto).
  • Ciasto okrywam folią aluminiową i wysypuję suchą fasolę (aby ciasto nie podnosiło się podczas pieczenia). Wstawiam do nagrzanego piekarnika i piekę przez 15 minut, następnie usuwam folię wraz z obciążeniem i piekę przez około 13 minut na lekko złoty kolor. Wyjmuję z piekarnika i nastawiam go na 180 stopni.
  • W misce miksuję mascarpone z jajkami i mlekiem skondensowanym (tylko do połączenia się składników). Delikatnie wylewam na spód (może pozostać część masy) i wstawiam do piekarnika. Piekę przez około 15 minut, do czasu aż masa zastygnie. Wyjmuję z piekarnika i od razu układam w miarę gęsto owoce, delikatnie dociskając je do kremu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 108


KONTAKT



Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...