RSS
niedziela, 05 sierpnia 2018
Daleko od miasta

Książkę Natalii Sosin-Krosnowskiej "Cisza i spokój" pochłonęłam w niesamowitym tempie. Autorkę znałam wcześniej z programu "Daleko od miasta", w którym to pokazywała życie byłych mieszczuchów, którzy postanowili "rzucić wszystko", zamieszkać na wsi i zacząć tam nowe życie.

"Cisza i spokój" jest zbiorem historii opisujących drogę, jaką musieli przebyć ludzie, kiedy zdecydowali się na przeprowadzkę z miasta na wieś. Książka szczerze ukazuje, czy ich marzenia się ziściły, czy okazały się początkiem końca nieprzyjemnych niespodzianek.

W tej pozycji nie ma lukrowanych opowiastek, jak cudna i prosta jest ucieczka do nowego życia z dala od miasta. Bywa różnie, lepiej bądź gorzej, a książka pozwala nieco zweryfikować nasze zapędy, plany i marzenia.

Natomiast ja, dalej romantycznie i nieco może naiwnie, tęsknię za życiem w małym drewnianym domku, z dala od miasta, w ciszy i spokoju...

Kulinarnie: zupa szczawiowa

Szczaw w tym roku wyjątkowo bujnie rozrósł się na działce. Narwałam go tyle, żeby ugotować z niego zupę. W domu rodzinnym pojawiała się na naszym stole od czasu do czasu i była to jedna z moich ulubionych zup. Lubiłam ją ze względu na specyficzny smak i połączenie składników: ziemniaków, jajek i liści szczawiu. Do tego zawsze miałam kromkę chleba ;)

Przepis jest taki bardziej orientacyjny, nie trzymam się go ściśle: czasem jest więcej szczawiu lub ziemniaków. Zawsze jednak wychodzi i smakuje ;)

Składniki:

Ok. 1-1,5 litra domowego bulionu

Ok. dwóch sporych garści szczawiu (tyle, ile udało mi się narwać w obie dłonie)

3-4 ugotowane ziemniaki, pokrojone w kostkę

3-4 jajka ugotowane na twardo i pokrojone w dowolny kształt

opcjonalnie: śmietana do zabielenia

Przygotowanie:

  • Liście szczawiu płukam, a następnie osuszam na papierowym ręczniku i siekam w szerokie paski. Podsmażam dosłownie przez chwilę na maśle i przekładam do gotującego się bulionu razem z ziemniakami. Gotuję 2-3 minuty.
  • Zabielam zupę niewielką ilością śmietany (należy uważać, aby się nie zważyła) i dodaję pokrojone jajka. Doprawiam do smaku.

niedziela, 22 lipca 2018
Lato w pełni (tarta z malinami, borówkami i kremem mascarpone)

Lato w pełni. Nie ma co narzekać, że za gorąco, za duszno, nieprzyjemnie. Taka pogoda sprawia tylko, że nadchodząca jesień może nabrać dla nas większej wartości. Dlatego czerpię garściami z tego, co lato ma do zaoferowania: spacery, las, morska bryza, wiatr we włosach, sukienki, piegi na nosie, ale i wychodzenie ze stref komfortu i odnajdywanie spokoju tam, gdzie się go nie spodziewałam.

Zaczynam urlop. Bez konkretnych planów, wyjazdów w dalekie kraje. Spokój i odpoczynek od problemów mam zamiar znaleźć w najprostszych chwilach...

Prosty przepis na tartę: maślane kruche ciasto, słodki krem i świeże, sezonowe owoce. Przyznaję, że krem zrobił na mnie największe smakowe wrażenie i mogłabym go wyjadać łyżeczką, ot tak po prostu i bez dodatków ;)

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

Spód:

250 g mąki

150 g schłodzonego masła

szczypta soli

3 łyżki cukru

1 jajko

Krem:

250 g mascarpone

250 ml mleka zagęszczonego schłodzonego (z puszki)

2 jajka

świeże maliny i borówki

Przygotowanie:

  • Formę na tartę o średnicy ok. 24 cm smaruję masłem. Mąkę przesiewam do miski, dodaję zimne masło pokrojone w kostkę, sól i cukier. Rozcieram składniki palcami (można mikserem), aż powstaną drobne okruchy ciasta. Dodaję jajko i łączę składniki w kulę. Ciasto przekładam do lodówki na ok. godzinę.
  • Piekarnik nagrzewam do 190 stopni C. Ciasto rozwałkowuję na grubość ok. 0,5 cm. Najlepiej robić to na papierze do pieczenia oprószonym mąką. Ciasto razem z papierem przenoszę do formy, odwracam papierem do góry i wykładam nim dno oraz boki formy, odklejam papier. Odcinam nadmiar ciasta. Wstawiam do lodówki na czas nagrzania piekarnika. (UWAGA: w oryginale z tej ilości ciasta pozostało około 1/3 do wykorzystania innym razem. Można też upiec 2 tarty wykorzystując połowę ilości ciasta. U mnie zużyte zostało praktycznie całe ciasto).
  • Ciasto okrywam folią aluminiową i wysypuję suchą fasolę (aby ciasto nie podnosiło się podczas pieczenia). Wstawiam do nagrzanego piekarnika i piekę przez 15 minut, następnie usuwam folię wraz z obciążeniem i piekę przez około 13 minut na lekko złoty kolor. Wyjmuję z piekarnika i nastawiam go na 180 stopni.
  • W misce miksuję mascarpone z jajkami i mlekiem skondensowanym (tylko do połączenia się składników). Delikatnie wylewam na spód (może pozostać część masy) i wstawiam do piekarnika. Piekę przez około 15 minut, do czasu aż masa zastygnie. Wyjmuję z piekarnika i od razu układam w miarę gęsto owoce, delikatnie dociskając je do kremu.

niedziela, 24 czerwca 2018
Książkowo i kulinarnie ("Magda M. Ciąg dalszy nastapił"; sałatka ryżowa z bobem, pestkami dyni i koperkiem)

Bób zagościł w mojej kuchni na dobre. Czuję się, jakbym założyła Bobową Manufakturę ;) Nadal mam w głowie kilka pomysłów, do jakich potraw go jeszcze użyję. Poza bobem rozgościły się pomidory, młode ziemniaki, koperek, kapusta i wszystko to, co ma do zaoferowania osiedlowy warzywniak. Uwielbiam gotować o tej porze roku :)

Książkowo, książka którą miałam możliwość przeczytać dzięki Wydawnictwu Znak Literanova. Dalsze losy Magdy Miłowicz to coś, co po prostu musiałam przeczytać. Kilka słów recenzji znajdziecie poniżej.

Zapraszam :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Magda M. Ciąg dalszy nastąpił" Radosław Figura

Pamiętam jak będąc na studiach i mieszkając w akademiku, rezerwowałyśmy z dziewczynami klucz do sali telewizyjnej, w dniu kiedy miał być emitowany kolejny odcinek "Magdy M.". Coś było w tym serialu, że przyciągał uwagę, że gdzieś tam podobał się Piotr Korzecki i trzymało się kciuki za związek Magdy i Piotra.

Książka Radosława Figury ukazuje nam ich życie po tzw. "i żyli długo i szczęśliwie". Do bohaterów wracamy po kilku latach. Ci są nadal zakochani, realizują się zawodowo i wydaje się że wszystko zmierza ku kolejnym etapom (narzeczeństwo i macierzyństwo). Tak przecież powinno być, prawda? Jednak autor cały czas nie pozwala nam pozbyć się dziwnego uczucia, że coś pójdzie nie tak, że Magda i Piotr nie będą długo cieszyć się swoim szczęściem. Z obawą zatem, przechodzi się do kolejnej strony odczuwając nieuchronnie zbliżającą się katastrofę...

Katastrofa nadchodzi i los pokazuje Magdzie, że ma wobec niej inny plan. Dalsze strony w książce opisują, czy i jak bohaterka radzi sobie z nową sytuacją, czy podejmuje walkę z losem o to, by zaznać jeszcze prawdziwego szczęścia i miłości.

Byłam ciekawa dalszych losów Magdy, a czytając książkę wyobrażałam sobie aktorów grających w serialu (Magda to tylko i wyłącznie Joanna Brodzik) i to jakoś ciekawie się ze sobą łączyło. Początek mnie nieco rozczarował, bo nie spodziewałam się, że autor tak namiesza w historii Magdy i Piotra... Trochę szkoda, choć zakończenie książki w zupełności mnie usatysfakcjonowało.

Podsumowując: książka zdecydowanie dla fanów serialu. Jednak książkę czyta się na tyle dobrze, że może po nią sięgnąć nawet ten, kto "Magdy M." nigdy nie oglądał. Choć całość wydaje się nieco przewidywalna, to warto po nią sięgnąć. W końcu mamy lato oraz wakacje i takie lektury sprawdzają się w tym czasie idealnie :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: sałatka ryżowa z bobem, pestkami dyni i koperkiem

Dzisiaj podzielę się z Wami przepisem na sałatkę znalezionym na tej stronie. Jest sezonowo na czasie, przyjemnie chrupie, jej smak jest bardzo świeży dzięki limonce i dodatkowo nadaje się do spakowania w pudełko i zabrania do pracy lub piknik.

Prosta, szybka, smaczna :)

Składniki na dwie porcje:

100 g mieszanego ryżu (basmati oraz dziki ryż)

¾ szklanki młodego bobu

sok i skórka starta z 1 limonki (ok. 2 łyżki soku i 1 łyżeczka startej skórki)

3 łyżki oleju rzepakowego

sól i pieprz do smaku

⅓ szklanki pestek dyni, uprażonych

¼ szklanki całych listków koperku

Przygotowanie:

  • Ryż gotuję zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Wysypuję na duży talerz i studzę, w międzyczasie kilka razy mieszam go widelcem.
  • Bób gotuję na miękko, odcedzam i przelewam zimną wodą, obieram.
  • Zimny ryż mieszam z sokiem i skórką z limonki oraz olejem. Doprawiam solą i pieprzem. Dodaję bób, uprażone pestki dyni oraz koperek. Mieszam delikatnie całość. Odstawiam na minimum kwadrans, najlepiej w chłodne miejsce.

niedziela, 10 czerwca 2018
Leśna manufaktura cz. 4 (syrop z pędów sosny; "Ortodroma" M. Janiszewski)

Pogoda zachwyca swoją letnią odsłoną. Jest dużo słońca i jest bardzo ciepło. Oczywiście, jak to u mnie przekornie bywa, akurat w tym czasie choruję... Cieszę się zatem, że zrobiłam sobie w tym roku syrop z pędów sosny, który idealnie sprawdza się w przypadku infekcji górnych dróg oddechowych itp. Żałuję tylko, że tak szybko jest w użyciu...

Chwilowo nic mi się nie chce, nawet czytać. Cieszę się zatem, że pokończyłam wszelkie zlecenia i książkowe recenzje. Jedyną przyjemnością jest dla mnie zamknięcie oczu i po prostu zapadnięcie w sen.

W tym wpisie dzielę się z Wami przepisem na syrop z pędów sosny (może skorzystacie z niego w przyszłym roku) oraz krótką recenzją książki "Ortodroma".

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Ortodroma" Mateusz Janiszewski

Ortodroma, to najkrótsza droga pomiędzy dwoma punktami na powierzchni kuli biegnąca na jej powierzchni.

"Ortodroma" Mateusza Janiszewskiego, to książka, która nie jest lekturą prostą, lecz taką, która wymaga skupienia nad tekstem. Jest to reportaż literacki z podróży, napisany bardzo poetyckim językiem. Nie jest to jednak dosłowna relacja z podróży, jakiej moglibyśmy się spodziewać...

Autor podąża śladem legendarnej wyprawy, którą w 1914 roku odbył Ernest Shackleton (Podróż odbyła się na pokładzie Endurance. Jej celem było dotrzeć do Antarktydy. Pomimo wysiłków załogi statek został uwięziony w lodzie. Od kontynentu dzielił ich zaledwie dzień żeglugi. Rozpoczęła się walka o życie w nieprzyjaznym i bezlitosnym pustkowiu).

Wyprawa Janiszewskiego, to opis nie tylko zmagań z trudnościami i żywiołami napotykanymi podczas podróży, ale i opis walki z samym sobą, która często bywa trudniejsza. Autor opisuje czytelnikom to co widzi w danym momencie podróży, co czuje oraz dzieli się filozoficznymi przemyśleniami dotyczącymi życia, śmierci i podróży:

"Cudowność mnie odstrasza, a jeszcze bardziej przeraża mnie wyczuwalny w mieście wilgotny powiew oceanu, wzdrygam się pod jego dotykiem, choć przed chwilą lgnąłem do wody. Jeszcze zanim wzejdzie słońce, odwracam się plecami do morza i wdrapuję powoli na skaliste wybrzeże, ruszając w pusty interior wąską piaszczystą ścieżką przyklejoną do klifu. Zostawiam za sobą miasteczko - obietnice niezwykłych doznań, spotkań z morską fauną, gwarantowane zdjęcia wielorybów, emocje związane z polowaniami orek. Odchodzę ze świata soczystych doznań w suchą krainę skrytą za paskiem morskiej wilgoci osadzającej się na przybrzeżnej skale."

"Nikogo wokół nie ma na wiele kilometrów. Odczuwam dziwną satysfakcję. Tak właśnie chciałem spędzić swoje czterdzieste urodziny. Spływa na mnie ta samotność. Taka, jakiej szukałem i jaką sobie przez wiele lat wypracowałem. Samotność żeglarza, samotność osoby, z którą nie da się żyć, bo ciągle wyrywa się do przodu, ciągle gotowej, by całe życie spakować do żółtej torby i zanieść ją do miejsca, gdzie kończy się mapa".

Piękna książka, piękny język i styl. Warto po nią sięgnąć, aby w nieśpieszności delektować się tą ucztą literacką.

Za możliwość przedpremierowego przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: syrop z pędów sosny

Pamiętam, jak parę lat temu często chodziłam przeziębiona i miałam dość zażywania tabletek i specyfików z apteki. Kolega przytargał mi słoik z syropem z pędów sosny, który sporządzała jego mama. Syrop okazał się strzałem w dziesiątkę (do tego smacznym strzałem). Niestety syrop się skończył i choć chciałam go sobie zrobić sama, to jakoś zawsze kończyło się na chceniu.

W tym roku wreszcie się udało. Skorzystałam z rad i przepisu Klaudyny Hebdy (klik). Jest to przepis tradycyjny oparty na pędach, cukrze i alkoholu. Na blogu Klaudyny znajdziecie też przepis bez dodatku sacharozy.

Kilka ważnych uwag:

  • Pędy sosny są rocznym przyrostem drzewa, zatem jeśli zerwie się pęd, nie będzie gałązki. Zatem, jeśli zbieramy pędy, starajmy się ich nie zrywać z jednego drzewa. Najlepiej znaleźć miejsce obfitujące w sosny i tam zebrać tylko taką ilość, jaka będzie potrzebna dla zrobienia syropu.
  • Tradycyjnie pędy zbiera się w maju; najlepsze będą o długości ok. 7-10 cm. Należy pamiętać, że im młodsze pędy, tym mniej żywicy, ale więcej soku.
  • Pędów sosny nie obiera się i nie płuka pod wodą. Na pędzie i łupinkach zbierają się żywice, które mają właściwości lecznicze. Oczywiście warto podkreślić, że należy je zbierać z dala od zanieczyszczeń.
  • Pędy najlepiej przygotować od razu po zebraniu. Jeśli nie ma takiej możliwości, zawija się je w wilgotną ściereczkę i przechowuje kilka dni w lodówce.

Składniki:

pędy sosny (np. tyle ile zmieści 1 litrowy słoik)

cukier brązowy (ok. 1 szklanki)

ok. 100-200 ml alkoholu (spirytus, brandy, rum itp)

opcjonalnie kilka kwiatostanów męskich sosny

Przygotowanie:

  • Zbieram pędy sosny. podobnie jak Klaudyna, uważam że to najprzyjemniejsza część przygotowywania syropu.
  • Pędy tnę nożyczkami na mniejsze kawałki, wkładam do czystego słoika, zalewam alkoholem i odstawiam na kilka godzin (można na noc).
  • Po tym czasie zasypuję je cukrem. Mieszam całość i na wierzch leję jeszcze trochę alkoholu i na koniec jeszcze trochę cukru (już nie mieszam). Zamykam słoik i zostawiam w słonecznym miejscu na ok. 3-4 tygodnie.
  • Przez ten czas trzeba obserwować co się dzieje w słoiku. Jeśli cukier jest suchy i nic się nie dzieje, należy podlać jeszcze pędy alkoholem. Pędy już na drugi dzień powinny zmniejszyć swoją objętość i puścić sok. Jeśli macie mocno zakręcony słoik, możecie otwierać go na chwilę i "wietrzyć". Warto potrząsnąć słoikiem od czasu do czasu, żeby przemieszać całość.
  • Po 3-4 tygodniach przelewam syrop przez sitko do szczelnie zamykanych butelek i trzymam w lodówce. Syrop pięknie pachnie żywicą oraz jest naprawdę smaczny i zdrowy.

niedziela, 03 czerwca 2018
Leśna manufaktura cz. 3 (herbatka z lilaka) oraz kilka słów o książce

Dzisiejszy wpis to kilka słów na temat książki rewelacyjnej Jojo Moyes oraz opis moich kolejnych zmagań w temacie "leśnej manufaktury". Zapraszam do lektury :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Moje serce w dwóch światach" Jojo Moyes

"Przypomniały mi się słowa Agnes, że my, które wyjechałyśmy daleko od domu, zawsze będziemy miały serca w dwóch miejscach. Położyłam dłoń na sznurkowej kanapie i wreszcie się rozpłakałam."

"Moje serce w dwóch światach", to zwieńczenie historii Lou Clarke, którą czytelniczki/czytelnicy mieli okazję poznać w dwóch wcześniejszych książkach Moyes: "Zanim się pojawiłeś" i "Kiedy odszedłeś". Trzecia część może być rekompensatą za niepewności i rozterki, które mogły zostać po ich lekturze.

Lou próbuje stanąć na nogi i wyrusza do Nowego Jorku. Zostaje asystentką Agnes, żony jednego z nowojorskich bogaczy (jak się okazuje, jest to Polka). Jej życie nabiera tempa, a czas ma wypełniony do granic terminami, spotkaniami i wydarzeniami, które mają miejsce w tzw. wyższych sferach i w których Lou towarzyszy Agnes. Świat elit, drapaczy chmur i rozświetlonych alei jest zupełnie inny niż brytyjskie miasteczko, w którym dotychczas żyła. Codzienność nie jest dla niej zbyt łaskawa. Życie służbowe zaczyna dominować w jej życiu osobistym, a "przyjaźń" z Agnes nie ma dobrego wpływu na wrażliwą Lou. W tej całej gonitwie, dziewczyna zapomina o sobie, ale na tego typu refleksje zdobędzie się dopiero później. W tym wszystkim jednak, Lou zawsze będzie mogła liczyć na kilka osób, które będzie mogła nazwać przyjaciółmi.

Historia opisuje również próbę przetrwania związku na odległość Lou i Sama. Pojawia się wiele przeszkód na ich drodze, a w tym wszystkim pojawia się Josh, który jest niesamowicie podobny do jej wielkiej miłości, Willa...

Książka jest naprawdę wyjątkowa, zresztą jak wszystkie książki Jojo, które czytałam (wiem, to bardzo subiektywna opinia ;). Tym razem autorka także serwuje czytelnikom/czytelniczkom sporą dawkę słodko-gorzkich emocji, ale również i humoru, który jest nieodłącznie związany z Lou: wrażliwą, dobrą i zarazem zwariowana dziewczyną w pasiastych rajstopach. Jej postać jest niesamowicie pozytywna, a jej próby spełniania marzeń (mimo dramatycznych przeżyć i utraty ukochanego Willa) dają nadzieję, że wszystko może się zdarzyć, ale nie wolno się poddawać.

"Moje serce w dwóch światach" to książka, którą mogę polecić i jednocześnie nakłonić do sięgnięcia po wcześniejsze części serii. Naprawdę warto :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: susz na herbatkę z lilaka

Pomysł na taką herbatkę, znalazłam tutaj. Zaintrygował mnie opis "karmelowego smaku lilaka" i domowy sposób fermentacji. Oczywiście musiałam ten przepis wypróbować. Spodobało mi się to na tyle, że proces powtórzyłam z kolejnymi zebranymi kwiatami. Dlatego na zdjęciu widać, że jeden susz jest ciemniejszy (pierwsze podejście), a drugi jaśniejszy (drugie podejście). Nie wiem czemu tak mi wyszło, ale wygląd nie ma znaczenia jeśli chodzi o smak w tych obu przypadkach. Smak natomiast ma faktycznie coś z karmelu. Zapach jest również wyjątkowy i lekko herbaciany. Susz mieszam sobie z liśćmi zielonej lub czarnej herbaty, bo taka mieszanka smakuje mi najlepiej.

Co poza smakiem taka herbatka ma do zaoferowania? Według Inez, zawarta w lilaku syringina, to aktywny składnik biochemiczny, który działa ochronnie na wątrobę. Warto ją pić choćby po kuracji antybiotykowej, aby wspomóc zniszczoną wątrobę. 

Chociaż lilak już przekwitł, myślę że przepis może się przydać w przyszłym roku ;)

 A zatem, jak przygotować taki susz z lilaka?

  • Zbieramy kwiaty lilaka. Mogą być w dowolnym kolorze i odmianie. Ważne natomiast jest to, żeby były suche i bez liści. Mogą by mocno rozwinięte lub jeszcze w pączkach.
  • Kwiaty umieszczamy w słoju (pojemność ok. 1 litra) i dociskamy ręką.
  • Zamykamy szczelnie słoik i umieszczamy go w ciepłym miejscu, aż kwiaty staną się prawie białe. W temperaturze ok. 35 stopni C proces przebiega ok. 12 godzin. Idealnie sprawdził by się przypiecek lub kominek. Jeśli nie dysponujemy żadnym z powyższych, wykorzystujemy piekarnik. Ustawiamy go na 45 stopni C i po 2-3 godzinach powinno być po wszystkim. Trzeba kontrolować co się dzieje w słoiku.
  • Wyciągamy kwiaty ze słoika, które w kontakcie z powietrzem, natychmiast zrobią się brązowe.
  • Zaczynamy suszenie, można w piekarniku: temperatura ok. 40 stopni C, przy uchylonych drzwiczkach piekarnika. Od czasu do czasu należy susz przemieszać. Kiedy będzie już suchy, przekładamy go do szczelnie zamykanych słoiczków.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107


KONTAKT



Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...