RSS
niedziela, 28 maja 2017
Ostatnie majowe dni (syrop z kwiatów czarnego bzu)

Maj już się kończy. Mało było w nim słońca i ciepła. Te ostatnie dni wydają się jednak nadrabiać stracony czas....

U mnie jest jak jest. Trudno skupić się na pozytywnych myślach. To naprawdę cholernie ciężka robota (Chciałabym przestać myśleć o chorobach, umieraniu, nieszczęściach, kiepskiej pracy, braku perspektyw, niespełnionych ambicjach, badaniach, nieudanych rekrutacjach, mijającym czasie, szpitalach, izbach przyjęć, smutku, bólu, zimnie, pieniądzach, przyszłości, planach, karierze której nie ma, o tym co trzeba, co powinnam, co się może stać. - doubleespresso)... Cytując Małgorzatę Halber, naprawdę chciałoby się czasami "z rozmachem mieć wszystko w dupie", bo to naprawdę wychodzi zdrowiej. Nie wiem tylko, czy potrafię wreszcie się przestać zamartwiać WSZYSTKIM.

W ramach wzmacniania pozytywnego myślenia, zaczytuję się w dobrych książkach oraz gotuję i piekę z tego, co maj ma najlepszego do zaoferowania. Niedawno wyciągnęłam z piekarnika ciasto z rabarbarem. Będzie idealne do popołudniowej kawy wypitej na słonecznym balkonie, podczas czytania ciekawej lektury.

Udanej niedzieli :)

Czarny bez powolutku zaczyna kwitnąć. Warto zatem poszukać jego kwiatów, gdzieś z dala od dróg i spróbować sił w robieniu syropu z owych kwiatów (ewentualnie można zrobić wino z kwiatów czarnego bzu - klik). Pyszny, prosty i bajecznie pachnący :) Można go dodawać do napojów, deserów, a w czerwcu, obficie polewać nim truskawki ;)

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

20-40 baldachów czarnego bzu

1 kg cukru

sok z 1 cytryny

1 litr wody

 Przygotowanie:

  • Kwiaty należy zbierać w suchy, słoneczny dzień. Kwiatostany należy zrywać delikatnie i równie delikatnie układać je w koszyku. Warto pamiętać, aby nie zrywać zbyt wielu kwiatów z tego samego drzewa. Po przyniesieniu ich do domu, rozkładamy je na papierze, aby ewentualne owady mogły się ewakuować ;) Z reguły wszelkie prace z tego typu darami natury, przeprowadzam na balkonie. Nie warto potrząsać baldachami, bo pozbywamy się wtedy cennego pyłku kwiatowego. 
  • Następnie, bezpośrednio nad naczyniem, w którym będę przygotowywać syrop, odcinam kwiaty bzu tak, aby zachować jak najmniejsze części zielonych gałązek. Im więcej kwiatów, tym mocniejszy produkt końcowy.
  • Po oberwaniu kwiatów, przygotowuję zalewę: zagotowuję wodę z cukrem i sokiem z cytryny i zalewam wrzątkiem kwiaty. Wszystkie powinny być pokryte syropem. Przykrywam naczynie i odstawiam na 2-4 dni, delikatnie mieszając zawartość naczynia raz dziennie.
  • Po tym czasie dokładnie filtruję syrop i przelewam do wyparzonych butelek. Jeśli planuję dłuższe przechowywanie syropu, wtedy go pasteryzuję (można go zagotować przed wlaniem do butelek). Syrop pasteryzowany można przechowywać w piwnicy, niepasteryzowany w lodówce. Po otwarciu - zawsze w lodówce.


Tagi: napoje
17:56, milka1204
Link Komentarze (3) »
niedziela, 14 maja 2017
Jest jak jest (wiosenna sałatka z kaszą jaglaną ze szparagami, suszonymi pomidorami i fetą)

Ostatnio przeczytałam mądre słowa na Instagramie u Blimsien: "Często jest tak, że złościmy się na chorobę, irytujemy się. A ona ma coś ważnego do powiedzenia. Bardzo nie lubię sformułowania "walka z chorobą" bo ja nie chcę walczyć. Wierzę, że wszystko co mi się przydarza jest dla mnie, a nie za karę. Nawet jeśli ten prezent jest na maksa niewygodny, przyjmuję go i zrobię z niego coś dobrego." Staram się też tak podejść do tego, co mi się przytrafiło. Swoje zazwyczaj negatywne myślenie na tematy ogólne (nie tylko związane ze zdrowiem), staram się teraz ukierunkowywać na pozytywną stronę. Nie jest łatwo się nie smucić, nie poddawać, nie marudzić. Jednak chcę spróbować przyjąć ten "niewygodny prezent" od losu, jako coś, co pozwoli mi odmienić poniekąd moje życie.

Staram się wrócić do swoich "lepszych" nawyków żywieniowych, odkryłam też niedawno rewelacyjną stronę Sutrę Serca, wracam do praktykowania jogi, czytam dobrą i wartościową literaturę dotyczącą holistycznego podejścia do zdrowia i życia. Pewne sprawy nadal idą mi słabo, często zdarza się pochlipać, posmutać, ulegam też kaprysom związanym z jedzeniem czegoś, co mi nie służy. Jednak wiem, że wszystko się ułoży, że warto powalczyć o siebie.

Wiosną nachodzi mnie ochota na robienie sałatek. Warzywniaki kuszą zielonym kolorem i aż chce się coś zrobić w kuchni z tych skarbów, które owe warzywniaki mają do zaoferowania. Tym razem padło na sałatkę, która tak naprawdę nie musi być tylko sałatką, ale równie dobrze, może być skonsumowana na ciepło, jako najzwyklejszy posiłek. Zależy wyłącznie od nas, czy chcemy owe danie zjeść na ciepło, czy na zimno, w formie sałatki. Wybrałam sałatkową postać. Jest smaczna, syci, od czasu do czasu chrupnie - jak dla mnie idealna. Spróbujcie, póki jeszcze można dostać szparagi.

Przepis znalazłam tutaj. Troszku tam pozmieniałam po swojemu, a tak poza tym, od razu zrobiłam ją z podwójnej ilości składników.

Składniki:

1 szklanka (200 g) kaszy jaglanej

600 ml wody lub bulionu

ok 14 zielonych szparagów

8 kawałków suszonych pomidorów ze słoiczka

4 łyżki oleju ze słoiczka z suszonymi pomidorami lub oliwy

4 łyżki posiekanego szczypiorku

6 łyżek posiekanej mięty

40-50 g pestek dyni (ewentualnie słonecznika lub pinii)

4 łyżeczki soku z cytryny

sól i pieprz

ser typu feta  - pokrojony w kosteczki; ilość wg uznania



Przygotowanie:

  • Do garnka wsypuję kaszę i prażę ją przez ok. 5 minut, co chwilę mieszając. Wlewam wodę lub bulion. Doprawiam solą, świeżo zmielonym pieprzem i dodaję 2 łyżki oleju z suszonych pomidorów. Przykrywam i gotuję pod przykryciem przez ok 15 minut lub do miękkości kaszy (u mnie trochę dłużej).
  • Na 5 minut przed końcem gotowania dodaje szparagi (wcześniej należy je opłukać, odłamać twarde jasne końce, łodyżki pokroić na 3 cm kawałki). Mieszam kaszę ze szparagami, przykrywam garnek i gotuję wszystko przez ostatnie 5 minut.
  • Po ugotowaniu wykładam kaszę do miski i mieszam widelcem.
  • Do kaszy dodaję resztę składników: pokrojone suszone pomidory, posiekany szczypiorek, miętę, lekko zrumienione na patelni pestki dyni, wszystko skrapiam sokiem z cytryny i resztą oleju lub oliwy, doprawiam solą i świeżo zmielonym czarnym pieprzem, mieszam i posypuję fetą. Można dodać więcej aromatycznej oliwy.

sobota, 22 kwietnia 2017
Co u mnie i cała reszta ("Czas burzy" i ajuwerdyjskie ciasteczka owsiane)

Święta minęły błyskawicznie. Może to i lepiej? Pogoda nie dopisała, padał śnieg, chwilami deszcz, było zimno i jakoś niespecjalnie chciało się wychodzić na dłuższe spacery... Jedyne co cieszyło, to spotkanie z Rodzicami, bliskimi, wspólne rozmowy, pyszne jedzenie i domowe ciepło. Poza tym, cały "właściwy" aspekt Świąt i celebrowanie Zmartwychwstania, był gdzieś obok mnie... Trochę mi żal, trochę nie. Jak byłam pogubiona, tak dalej jestem.

Wiosna nie rozpieszcza. Było zaledwie kilka przyjemnych dni, reszta bardziej przypomina jesień lub wczesne przedwiośnie. Mogłabym nie wychodzić spod koca. Też tak macie? Niestety nie ma tak dobrze, trzeba wstać rano, iść do pracy i podejmować działania, by jako-tako wyglądały te dni. Nie jest łatwo niestety, mimo najlepszych chęci. Zdrowie coś nie bardzo dopisuje, wracają moje koszmary z przeszłości i związane z tym obawy i lęki. Czasem trudno skupić myśli na czymkolwiek innym, kiedy w głowie jak echo powtarza się jedno straszne słowo :( No nie jest lekko.

Dzień urodzin minął zaskakująco dobrze. Pamiętali Ci co powinni (hmm, a raczej Ci, którzy po prostu mają mnie w sercu). To miłe, kiedy obdarowują mnie ciepłymi słowami i upominkami tak bardzo osobistymi, mającymi ze mną wiele wspólnego. To o czymś świadczy i cieszę się, że mam takie osoby obok siebie....

Kończąc moje smęcenie, zapraszam na krótką recenzję książki i przepis na ciacha :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Czas burzy" Adrian Grzegorzewski

"Czas burzy" to kontynuacja losów bohaterów "Czasu tęsknoty". Przyznaję, że nie czytałam pierwszej części. Na szczęście, nie jest to problemem podczas czytania jedynie jej kontynuacji, bo wcześniejsze wydarzenia są przypominane w trakcie czytania lektury. Dzięki temu wiemy pokrótce, co się wydarzyło w pierwszej części książki.

Czytając opis z tyłu okładki, spodziewałam się typowej, wyciskające łzy historii miłosnej i trochę się tego obawiałam. Na szczęście tematyka uczucia w czasach wojny nie była dominująca. Dużo w tej powieści historii, ale nie nudnej, nie przepełnionej suchymi faktami i datami, z jakimi często mieliśmy do czynienia na lekcjach historii. W książce dużo się dzieje, a wojnę i jej okrucieństwo poznajemy przez doświadczenia zwykłych ludzi. Podczas czytania, przychodzi refleksja, że gdybyśmy urodzili się w tamtych czasach, musielibyśmy żyć tak jak oni: przeżywać wojnę na co dzień, walczyć o przetrwanie, o bliskich, o ojczyznę, podejmować decyzje, które mogłyby się często okazać dramatyczne w skutkach...

Bardzo spodobał mi się sposób przedstawienia przez autora postaci kobiecych. Marta i Swieta, to silne kobiety, które w wojennej rzeczywistości musiały wiele przejść i znaleźć w sobie wiele siły, by walczyć o każdy dzień.

"Czas burzy" to książka, której nie czyta się lekko i przyjemnie. Opisuje bowiem trudny i bolesny temat rzeczywistości wojennej. Jednak warto po nią sięgnąć, bo jest to wartościowa pozycja. 

Na koniec dodam tylko, że szukając informacji o autorze, natrafiłam na jego wywiad na jednym z portali internetowych. Co prawda dotyczył jego pierwszej książki, ale równie dobrze, może opisywać "Czas burzy":

"(...)historia miłości Swiety i Piotra jest niezwykle istotna! Najważniejsza. Przecież o to właśnie chodzi, żeby to, co w nas najlepsze, zwyciężało w konfrontacji z najgorszą nawet rzeczywistością. Jednocześnie moja powieść nasycona jest historią i opisem wojennej rzeczywistości na tyle, że nie sposób pominąć tego wątku czytając książkę. Starałem się znaleźć w tym wszystkim równowagę tak, żeby nie spłycić tego, co chcę przekazać na temat wojny i wydarzeń z nią związanych, a jednocześnie, aby na śmierć nie zanudzić nadmiernymi szczegółami(...)". 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: ajuwerdyjskie ciasteczka owsiane

Zdrowe ciasteczka istnieją ;) W jednym z numerów "Urody życia", Agnieszka Maciąg podała przepis na tzw. ajuwerdyjskie ciasteczka owsiane. Poza tym, że są zdrowe, to dodatkowo smakują, a nawet lekko "zaspokajają" pierwsze ssanie w żołądku. Idealne do chrupania przy pysznej herbacie. Robi się je bardzo szybko, co jest dużym plusem. Jeśli mamy tylko wszystkie składniki, możemy zabrać się za pieczenie, by za chwilę cieszyć się smakiem ciasteczek. Polecam :)

Składniki:

1 szklanka mąki owsianej

1,5 szklanki płatków owsianych

1/2 lub 3/4 drobnego cukru trzcinowego

1/2 szklanki masła klarowanego

1 jajko (dla wegan: 2-3 łyżki musu jabłkowego)

płaska łyżeczka sody oczyszczonej

szczypta soli himalajskiej

łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii

łyżeczka cynamonu

szczypta mielonego imbiru

1/4 łyżeczki mielonych goździków

1/2 szklanki rodzynek

1/2 szklanki pestek słonecznika

1/4 szklanki suszonej żurawiny (bez cukru i słodzików)

2 łyżki ekologicznej skórki pomarańczy

Przygotowanie:

  • Ucieram masło z cukrem trzcinowym, dodaję lekko roztrzepane jajko, cynamon, goździki, imbir i sodę oczyszczoną.
  • Dodaję mąkę owsianą, płatki owsiane i pozostałe składniki. Dokładnie mieszam całość.
  • Łyżką stołową lub lekko mokrymi dłońmi formuję płaskie ciasteczka, układam je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując między nimi odstępy, żeby podczas pieczenia się nie skleiły.
  • Piekę je 15 minut w piekarniku nagrzanym do 190 stopni C.
  • Po wyjęciu z piekarnika odstawiam, aby ostygły.

środa, 05 kwietnia 2017
Książkowo i kulinarnie ("W kręgu księżniczki"; podwójne brownie z sosem butterscotch)

Dzisiejszy wpis nie odbiega zbytnio od poprzednich. A zatem, znów kilka słów na temat przeczytanej przeze mnie książki oraz przepis, który przetestowałam i którym chętnie się z Wami podzielę. Miłej lektury :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "W kręgu księżniczki" Jean Sasson

Z twórczością Jean Sasson miałam styczność  już wcześniej („Wybór Jasminy” – pisałam o niej tutaj). Sięgając zatem po kolejną książkę pisarki, „W kręgu księżniczki”, spodziewałam się równie dobrej literatury. Zwłaszcza, że książka opisywana była, jako prawdziwa opowieść o saudyjskiej księżniczce Sułtanie, która „odważyła się wyłamać drzwi złotej klatki”.

Księżniczka Sułtana ma właściwie wszystko co potrzebne, by być szczęśliwą: męża, którego kocha z wzajemnością, dzieci, dobre zdrowie, życie w luksusie, możliwość wypadów na zakupy do metropolii całego świata oraz wszystko czego sobie tylko zażyczy. Bajka, prawda?  Tak naprawdę jednak, życie Sułtany przypomina los ptaka zamkniętego w złotej klatce. Jako osoba, a w zasadzie jako kobieta, nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Pojęcie słowa wolność lub wolny wybór, pozostają w sferze jej niedoścignionych pragnień. Księżniczka musi być podporządkowana mężowi i jego woli oraz prawu szariatu.

Owszem, inne kobiety mają znacznie gorzej niż Sułtana. Mężowie traktują często swoje żony jak służące lub niewolnice seksualne, do tego często je maltretują fizycznie i psychicznie. Właśnie ten gorszy los kobiet Sułtana zaczyna coraz bardziej dostrzegać i mocno przeżywać. To co słyszy w opowieściach spotykanych na swojej drodze kobiet, dopełnia tym, co sama widzi w swoim najbliższym otoczeniu (córka zmuszona przez ojca do małżeństwa z jego przyjacielem, dużo starszym i przerażającym człowiekiem; młodziutka służąca brutalnie zgwałcona przez młodych mężczyzn; prywatny harem z kobietami, które przetrzymywane są tam wbrew swojej woli, ale (co jest przerażające!) zostały tam sprzedane przez swoją rodzinę). Księżniczka wielokrotnie stara się pomóc, ale nie przynosi to zbyt wielu efektów. Blokowana przez wszechmogących mężczyzn, często przegrywa swoje „walki”.  Nie chce jednak ustawać w swoich działaniach, robiąc co może. Tworzy z innymi kobietami tzw. krąg księżniczki, aby wraz z bliskimi jej kobietami, nieść  pomoc innym kobietom.

Książka napisana jest prostym językiem i mimo poruszanych w niej trudnych tematów, czyta się ją bardzo szybko.  Osobiście, czuję jednak niedosyt  tego, że sam wątek próby „wyrwania się ze złotej klatki” jest poruszony na samym końcu, w bardzo marginalnym zakresie, bez wchodzenia w szczegóły. Ciekawi mnie, co było dalej, czy Sułtanie udało się uczynić coś więcej, czy może jednak krąg księżniczki był jedynie krótkim epizodem w jej życiu.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: podwójnie czekoladowe brownie z sosem butterscotch

Brownie, które jest gęste, wilgotne, słodkie, ale z wyczuwalną nutką słonego smaku, to dla mnie brownie idealne. Nie jest do tego zbyt skomplikowane, jeśli chodzi o przygotowanie, a więc kolejny plus. Zdecydowanie wpisuje się w kanon przepisów, do których będę wracać. Przepis zaś znalazłam w książce "What Katie Ate. Weekend Katie", autorstwa Katie Quinn Davies.

Składniki:

110 g masła, roztopionego i nieco schłodzonego

1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

1/2 szklanki cukru pudru

3 jajka

3/4 szklanki mąki pszennej

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

1/2 szklanki kakao w proszku

2 łyżki mleka

100 g dobrej jakości gorzkiej czekolady, drobno posiekanej

250 g wiśni ze słoika, dobrze odsączonych, bez pestek

cukier puder do posypania

Słony sos butterscotch:

2/3 szklanki brązowego cukru

1 szklanka śmietany kremówki

75 g masła pokrojonego w kostkę

1/4 łyżeczki soli

Przygotowanie:

  • Rozgrzewam piekarnik do 180 stopni C z termoobiegiem. Formę o wymiarach 28 cm x 18 cm x 3 cm wykładam papierem do pieczenia.
  • Sos: umieszczam wszystkie składniki w rondelku i doprowadzam do wrzenia, często mieszając. Zmniejszam moc palnika i gotuję sos przez 15-20 minut, aż zgęstnieje i stanie się gładki. Odstawiam do ostygnięcia.
  • Do miski wlewam roztopione masło i ekstrakt waniliowy, dodaję cukier puder, wbijam jajka i mieszam. Do masy przesiewam mąkę, proszek do pieczenia oraz kakao. Mieszam drewnianą łyżką, aż składniki się połączą.
  • Do ciasta dodaję mleko, mieszam i dodaje czekoladę i wiśnie. Delikatnie mieszam całość.
  • Połowę ciasta przekładam do formy i wygładzam wierzch. Nakładam sos i przykrywam resztą ciasta. Sos podczas nakładania wtopi się nieco w ciasto, może też powylewać się na boki. Nie ma się co tym przejmować, ale starać się jak najlepiej rozłożyć sos.
  • Ciasto wkładam do nagrzanego piekarnika i piekę 35-40 minut (u mnie ok. 10 minut dłużej). Ważne, żeby ciasto było dobrze upieczone w środku, a z wierzchu lekko popękane.
  • Po wyjęciu z piekarnika pozostawiam ciasto w formie do całkowitego ostygnięcia. Przed podaniem posypuję cukrem pudrem i kroję na kwadratowe porcje.
niedziela, 19 marca 2017
Książkowo i kulinarnie: "Rodzina O." i czekoladowy sernik z polewą z solonego karmelu

Rośnie mój stosik książek do przeczytania. Mimo to wciąż dokonuję zakupów nowych pozycji. Tak już mam: nie potrafię się oprzeć, żeby nie kupić jakiegoś okazu, mimo iż jeszcze mam co  czytać. Oczywiście powody do kupna znajdują się same: bo promocja, bo zawsze chciałam ją przeczytać i mieć na swoim regale, bo okładka (tak, wiem jak to brzmi), bo ktoś bardzo polecał, bo wiem że do niej wrócę nie raz (w tym przypadku prym wiodą kulinarne)... Myślę, że mogą to zrozumieć tylko inne mole książkowe ;)

Dziś za to chcę się z Wami podzielić opinią na temat przeczytanej przeze mnie ostatnio książki. Jest to pozycja, którą mogę szczerze polecić. A że nie samymi książkami żyję, podaję przepis na smaczny i szybki czekoladowy sernik. Zapraszam :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Rodzina O." Ewa Modeyska

Dawno nie czytałam tak dobrej powieści. Ciężko mi się było od niej oderwać, wciąż chciałam wiedzieć, co będzie dalej. A zatem przewracałam kartkę za kartką i zaczytywałam się każdym nowym rozdziałem.

W książce przewija się wiele tematów: miłość, zdrada, powołanie, życiowe wybory, a przede wszystkim rodzina. A ta, którą poznajemy w powieści, do idealnych nie należy. Jest babcia Helena, jej syn Tadeusz i jego żona Barbara oraz dwóch synów - Paweł i Andrzej. Wokół nich przewijają się pozostali bohaterowie (kochanki, współpracownicy, koledzy, wrogowie), którzy zajmują w ich życiu miejsce mniej lub bardziej ważne. Wszystko to osadzone jest na przełomie 1968 i 1969 roku, w miasteczku o nazwie Bolegoszcz (gdzie wszyscy wiedzą o sobie wszystko).

Autorka przedstawia nam swoich bohaterów w sposób niejednoznaczny. Nikt tu nie jest ani dobry ani zły. Z udostępnionych nam informacji, możemy jedynie próbować wyrobić sobie jakąś opinię na ich temat. Jednak zawsze w którymś momencie, pojawia się jakieś "ale". Mimo to, jedno można przyznać rodzinie Opolskich: potrafi się zjednoczyć w trudnych chwilach i pomóc sobie mimo wcześniejszych urazów, jakie sobie zadali.

Książkę czytało mi się naprawdę szybko, podobał mi się styl pisania autorki. Potrafiła wpleść sporo akcentów humorystycznych, nawet jeśli były opisywane trudne sprawy. Bohaterów nie pozwoliła nam poznać do końca, bo w każdym z nich pozostały pewne niedopowiedzenia i odrobina tajemnicy.

Kolejna rzecz, która bardzo mi się podobała, to wielowątkowość (ale bez poczucia zagubienia czytelnika). Dużo się dzieje, wątki łączą się ze sobą w poszczególnych rozdziałach, a my mamy wrażenie, że z każdą przeczytaną stroną wiemy nieco więcej...

"Rodzina O." określona została jako serial literacki. Można ją spokojnie nazwać sagą rodzinną, której losy osadzone zostały w trudnych politycznie dla kraju i Polaków czasach. Dużo tajemnic, zagadek, emocji, zawirowań rodzinnych. Do tego zakończenie, które tylko wzmaga apetyt na kolejną część książki.

Ogromnie polecam, a za możliwość przeczytania "Rodziny O." dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: czekoladowy sernik bez pieczenia, z polewą z solonego karmelu

Taki sernik, to idealny pomysł na deser dla zabieganych. Robi się go bardzo szybko, z niedużej liczby składników (jedyne co się dłuży, to czas oczekiwania aż się schłodzi; o tym warto pamiętać zanim zaczniemy go robić). Jest pyszny, kremowy, a słodki smak miesza się z lekko słoną polewą karmelową...

Przepis znalazłam tutaj. Natomiast przepis na solony karmel co prawda podaję poniżej, ale już dawniej wykorzystałam go do polania pysznego brownie, na który przepis możecie zobaczyć tutaj.

Składniki:

Spód:

200 g kruchych ciastek

4 łyżki masła

Masa:

1 kg twarogu sernikowego

400 g czekolady deserowej

1 szklanka cukru pudru

Polewa:

200 g cukru

90 g niesolonego masła

120 ml śmietanki 30 %

pół łyżeczki soli

Przygotowanie:

  • Spód: ciasteczka kruszę (w melakserze albo tłuczkiem w misce lub zawiązanym woreczku foliowym). Dodaję roztopione masło i miksuję aż składniki dokładnie się połączą. Ciasteczkami wykładam spód i (jeśli się da) 2 cm boków tortownicy o średnicy 25 cm, uklepuję i wstawiam do lodówki.
  • Masa: twaróg sernikowy wyjmuję wcześniej z lodówki, przekładam do miski i ogrzewam do temperatury pokojowej. Mieszam z cukrem pudrem. Czekoladę łamię na kosteczki i roztapiam w rondelku, odstawiam do przestudzenia. Następnie łączę z serem np. do czekolady dodaję po 2 - 3 łyżki sera cały czas mieszając, aż na koniec uzyskuję gładką masę. Powstałą masę wykładam na spód z ciasteczek i wstawiam do lodówki na ok. 3 godziny aż masa zesztywnieje.
  • Polewa: do rondelka wsypuję cukier, podgrzewam go na średnim ogniu, ciągle mieszając. Cukier zacznie się zbrylać, aż wreszcie się rozpuści i nabierze złotobrązowego koloru. Ostrożnie dodaję masło - karmel zacznie się mocno pienić (należy wtedy uważać). Mieszam, aż masło się rozpuści, po czym wlewam śmietankę. Gotuję całość 1 minutę. Dodaję sól, mieszam. Kiedy karmel się przestudzi, polewam nim schłodzony wcześniej sernik.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 102


Instagram
KONTAKT



Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...