RSS
niedziela, 02 grudnia 2018
Jesienne osiędbanie (ciasto dyniowo-mandarynkowe)

"Czuła się bezpiecznie, odizolowana i absolutnie zobojętniała pod warstwą swetrów, w wysokich butach i w płaszczu od deszczu, głęboko schowana w ciepłym wnętrzu mokrej wełny i czystego sumienia" Tove Jansson, Wiadomość

"Nie jest trudno opuszczać tymczasowe otoczenie i ludzi, którzy stali się na tyle bliscy, że człowiek uroni po nich łezkę, ale za pół roku staną się niewyraźni i nieprawdziwi. [...] ... a wszyscy ci mali ludzie, których się spotkało, którzy ci pomagali lub cię denerwowali, w końcu staną się tylko kilkoma rozmazanymi pociągnięciami ołówka w bardzo starym szkicowniku." Tove Jansson, Listy Tove Jansson

Listopad był jedną wielką mozaiką uczuć i zdarzeń, a działo się wiele. Wiadomo, to co pozytywne, pomogło przetrwać ten trudny miesiąc. Jeśli chodzi o mniej ciekawe sytuacje, to ich pojawienie się pomogło mi co nieco zrozumieć i przy okazji zweryfikować kto i co jest w życiu ważne, a czym nie warto się przejmować.

Przy obecnym zabieganiu, masie obowiązków i zajęć, doceniam wszystkie te chwile, które są dla mnie wyjątkowe (z różnych względów). Przypomniałam sobie artykuł Blimsien o "osiędbaniu" (tutaj i tutaj) oraz jeden z wpisów na Facebooku Kobiety na zakręcie (@ubranawmoc). Dlatego ten weekend był moim osiędbaniem, dzięki przyjemnościom, które sobie zaplanowałam, ale również dzięki ludziom, z którymi go spędziłam. Mnóstwo wyjątkowych chwil, dużo ciepła, uśmiechu, rozmów i cudownych miejsc.

Teraz, już przy końcu weekendu, pora na ciąg dalszy dbania o siebie: herbata z lipy z miodem i cytryną, książka ("Szlaki. Opowieści o wędrówkach" R. Macfarlane) i masa pięknych wspomnień :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: ciasto dyniowo-mandarynkowe

Pyszne, wilgotne i miękkie ciasto dyniowe o zapachu mandarynek i wanilii. Proste i szybkie w przygotowaniu, zwłaszcza, jeśli korzysta się z wcześniej przygotowanego puree dyniowego (ja wygrzebałam z zamrażalnika już ostatni zapas...). Warto się skusić ;)

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

250 g (250 ml) puree z pieczonej dyni (przepis tutaj)

225 g mąki pszennej (1 i 1/2 szklanki o poj. 250 ml)

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżeczka sody oczyszczonej

200 g masła

1 szklanka cukru

1 łyżeczka cukru waniliowego lub 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

skórka starta z 2 mandarynek

3 jajka, oddzielnie żółtka od białek

Polewa: 50 g białej czekolady lub 5 łyżek cukru pudru lub 3 łyżki dżemu pomarańczowego lub mandarynkowego

Przygotowanie:

  • Tortownicę o średnicy ok. 23 - 24 cm smaruję masłem, spód wykładam papierem do pieczenia. Przygotowuję puree z dyni. Piekarnik nagrzewam do 180 stopni C. Mąkę przesiewam do miski razem z proszkiem do pieczenia, mieszam i odstawiam.
  • Do garnka wkładam pokrojone na kawałeczki masło, roztapiam na małym ogniu co chwilę mieszając (nie podgrzewać za mocno). Dodaję cukier oraz cukier waniliowy i mieszam. Odstawiam z ognia.
  • Mus z dyni wkładam do miski, dodaję skórkę z mandarynki i wlewam roztopione masło z cukrem, mieszam i studzę. Odkładam pół szklanki otrzymanej masy na polewę. Do reszty dodaję żółtka i mieszam.
  • Białka ubijam na sztywną pianę. Do oddzielnej miski przesiewam mąkę i mieszam z proszkiem do pieczenia oraz sodą.
  • Delikatnie łączę składniki suche i mokre oraz pianę z białek - mieszając wolno łyżką, tylko do połączenia się składników.
  • Masę wykładam do tortownicy. Wstawiam do nagrzanego piekarnika i piekę przez ok. 40 - 45 minut lub do suchego patyczka. Wyjmuję z piekarnika i odstawiam do wystudzenia.
  • Polewa: do odłożonej masy dodaję roztopioną czekoladę lub cukier puder lub dżem pomarańczowy, mieszam. Polewam po cieście gdy będzie już ostudzone.
wtorek, 13 listopada 2018
Lawendowe ciastka z morelami i czekoladą oraz bardzo ważna książka

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Wylecz PCOS. Jak w 21 dni pozbyć się objawów zespołu policystycznych jajników" Amy Medling

Amy Medling jest certyfikowaną trenerką zdrowia, która specjalizuje się w pracy z kobietami z zespołem policystycznych jajników (PCOS). Pomaga tym kobietom, które straciły nadzieję na normalne życie. Opracowała sprawdzony plan, który obejmuje nie tylko dietę, ale oferuje również narzędzia, które pomagają przejąć kontrolę nad PCOS i odzyskać płodność, kobiecość, zdrowie i szczęście.

"Wylecz PCOS" to bardzo ważna książka dla kobiet, które chorują na zespół policystycznych jajników. Jest to jedno z najczęstszych zaburzeń hormonalnych, które negatywnie wpływa na pracę organizmu. Niestety, z powodu szerokiego wachlarza objawów, kobiety często nie są diagnozowane pod tym kątem, a do tego, jako leczenie najczęściej stosuje się tabletki antykoncepcyjne.

W książce zostają przedstawione bardzo szczegółowo objawy tego schorzenia, a wszystkie zagadnienia i problemy są wyjaśnione w bardzo przystępny i jasny sposób. Ponad to, autorka przekonuje czytelniczki, że w tej chorobie nie ma "cudownej pigułki", która nas uleczy, natomiast bardzo dużą pomoc może przynieść zmiana stylu życia.

Tworzy określenie "Diwa PCOS", które opisuje kobietę pełną nadziei, która przejęła kontrolę nad swoim zdrowiem, szczęściem i codziennie podejmuje kroki ku poprawie obydwu. Ponad to decyduje się "rozkwitać" z PCOS i sięga po moc, jaką daje jej poszerzanie wiedzy i zdobywanie informacji o zespole policystycznych jajników. Uważam, że to określenie powinno definiować każdą kobietę, która dba o siebie, nawet jeśli nie cierpi na PCOS.

Książka ta, to skarbnica wiedzy. Składa się z dwóch rozdziałów. Pierwszy porusza ogólne zagadnienia PCOS. Druga część jest konkretnym 21-dniowym planem leczenia. Opisuje osobno każdy tydzień, podaje przepisy kulinarne, plany posiłków, a także różnego rodzaju zadania oraz test oceny objawów diwy PCOS.

Amy wykonała kawał dobrej roboty. Jest to bardzo ważna lektura dla kobiet zarówno chorujących na PCOS, ale i tych, których ten temat teoretycznie nie dotyczy. Oferuje ona bowiem plan zmiany stylu życia na bardziej zdrowy (zarówno chodzi o zdrowie fizyczne, jak i psychiczne). Warto po nią sięgnąć, zapoznać się z treścią, pomyśleć o sobie i swoim życiu, a może nawet coś w nim zmienić.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: ciastka lawendowe z morelami i czekoladą

Najpyszniejsze ciastka, jakie ostatnimi czasy jadłam. Miękkie, z czekoladą i suszonymi morelami, a do tego mają delikatny aromat lawendowy (nie bójcie się, że będą smakować mydłem ;). Jedyne czego żałowałam, to tego, że nie upiekłam ich z podwójnej ilości składników, bo zbyt szybko znikają w brzuchu.

Przepis od Liski z White Plate (klik).

Składniki na ok. 9 ciastek:

60 g miękkiego masła

1 małe jajko

60 g mielonych migdałów

70 g mąki pszennej

100 g cukru trzcinowego

1/4 łyżeczki soli

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

gałązka kwiatów lawendy (drobno posiekane kwiatki) lub jedna płaska łyżeczka suszu

60 g suszonych moreli, posiekanych

80 g gorzkiej czekolady (używam 85%)

Przygotowanie:

  • Blachę z piekarnika wykładam papierem do pieczenia.
  • W misce łączę suche składniki: migdały, mąkę, proszek, cukier, sól i lawendę.
  • Miksuję masło i powoli dodaję suche składniki. Na końcu dodaję posiekaną drobno czekoladę i morele. Schładzam ciasto przez pół godziny w lodówce.
  • Piekarnik nagrzewam do 200 st C.
  • Łyżką (np. taką do lodów) nabieram porcje ciasta i układam je na blasze zostawiając między nimi ok. 4 cm odstępy. Ciastka topnieją podczas pieczenia, zatem musi między nimi zostać wystarczająco dużo miejsca.
  • Wstawiam do piekarnika, piekę 11 minut. Wyłączam piekarnik i zostawiam ciastka do ostygnięcia.
  • Na początku ciastka są bardzo miękkie, a kiedy ostygną, nadal będą miękkie (ale nie mogą się rozpadać). Jeśli wolicie kruche i bardziej twarde ciasteczka, pieczcie je ok. 13-15 minut.

czwartek, 25 października 2018
Jesień z poetką i dyniowym akcentem

Dobrze mieć swoją siostrzaną duszę, która rozumie nas jak nikt inny, która jest, czuwa i choćby przez drobne gesty, potrafi wyciągnąć z najgłębszego smutku. I kiedy są chwilę zwątpienia w samą siebie, to potrafi powiedzieć: "Jeśli sami nie będziemy chronić swoich uczuć, to kto to zrobi?"... M. jest wyjątkowa i cieszę się, że nasze ścieżki się spotkały. Pewnie dzięki wzajemnemu wsparciu, przetrwamy kolejną, melancholijną jesień.

Mam nadzieję, że każdy z Was ma kogoś takiego: siostrzaną/bratnią duszę.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Poetka i książę" Manuela Gretkowska

Nowa powieść  Manueli Gretkowskiej "Poetka i książę", to historia romansu młodej Agnieszki Osieckiej i starszego od niej o 30 lat, redaktora paryskiej "Kultury", Jerzego Giedroycia, którego poznała podczas pobytu w Paryżu.

Agnieszka Osiecka to postać, której przedstawiać nie trzeba: "poetka złamanego koloru", pisarka, dziennikarka, reżyserka. Jerzy Giedroyc pochodził z książęcego rodu; polski wydawca, publicysta, polityk i działacz emigracyjny. W książce został opisany tak, że wyjątkowo ujmuje swoją osobą. Agnieszka i Jerzy trzymali swoją relację w tajemnicy: Osiecka była bowiem w tym czasie narzeczoną Marka Hłaski (do Paryża przyjechała z jego opowiadaniem, nielegalnie przywiezionym w walizce).

Książka jest złożona z różnych i krótkich, choć wiele znaczących chwil. Poza historią Agnieszki i Jerzego, w książce przewijają się też inne osoby i ich historie. Opisane są również relacje poetki z innymi mężczyznami, bo jako piękna, młoda i inteligentna kobieta, była właściwie stale adorowana.

Manuela Gretkowska w jednym z wywiadów, na pytanie ile prawdy jest w jej książce o romansie tych dwojga, odpowiada: "Blisko sto procent. Miałam dostęp do dokumentów, notatek, listów, poznałam ich związek bardzo dokładnie. Właściwie historia ich miłości to rekonstrukcja literacka. Może dziesięć procent to moje domysły i konstrukcja fabuły. Reszta to fakty."

Książka jest intrygująca, napisana ciekawym, chwilami poetyckim językiem. Sięgnąć po nią powinni zwłaszcza ci, którzy są wielbicielami postaci i twórczości Agnieszki Osieckiej.

Za udostępniony egzemplarz, dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: placki z dyni

W zamrażarce miałam zapas puree z dyni, które postanowiłam zużyć do ciasta dyniowego. Resztę zużyłam do usmażenia placków z dyni. Są ekspresowe w przygotowaniu, zwłaszcza, jeśli mamy gotowe puree. Smaczne i idealne na jesień :)

Przepis znalazłam tutaj.

Składniki:

200 g puree z upieczonej dyni (przepis tutaj)

50 g jogurtu naturalnego (opcjonalnie)

2 jajka

2 łyżki oleju roślinnego lub roztopionego masła

2 - 3 łyżki cukru

1 i 1/3 szklanki mąki pszennej

2 łyżeczki proszku do pieczenia

mała szczypta soli

dodatki: cukier puder lub dżem

Przygotowanie:

  • W misce mieszam (ostudzone) purée z dyni z jogurtem naturalnym (pomijam, jeśli puree z dyni jest rzadkie), następnie mieszam z jajkami, 2 łyżkami oleju lub roztopionego masła i cukrem.
  • Bezpośrednio przez sitko dodaję mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia oraz solą. Wszystko mieszam delikatnie rózgą do połączenia się składników na gładką i jednolitą masę.
  • Rozgrzewam patelnię i smaruję ją olejem lub masłem klarowanym. Nakładam po 1 pełnej łyżce ciasta zachowując odstępy. Wyrównuję powierzchnię nałożonego ciasta.
  • Placki smażę na niezbyt dużym ogniu, do czasu aż nieco urosną i będą ładnie zrumienione (przez około 2,5 minuty). Przewracam na drugą stronę i smażę do zrumienienia, przez około 2 minuty. Przed smażeniem następnej partii patelnię czyszczę ręcznikiem papierowym.
  • Placki posypuję cukrem pudrem.

wtorek, 25 września 2018
Jesiennie ("Manhattan Beach" J. Egan; kasza bulgur z indykiem, kalafiorem i fasolką)

Nie jestem gotowa na jesień: na zimno, deszcz, wiatr i ciemność. Nie cieszy mnie wizja blasku świec, ciepłych swetrów, koca i gorącej herbaty. Drobne radości nie zakryją wewnętrznej melancholii, która wgryzła się mocno w serce i daje o sobie znać.

Od października będę mieć jeszcze więcej na głowie niż dotychczas. Z jednej strony to dobrze, bo nie będę miała czasu na dołki, smutki i analizy. Z drugiej zaś, rodzą się obawy, czy podołam ze wszystkim i czy aby jednak nie przesadziłam? Jak zwykle, wszystko okaże się niebawem.

Skupmy się jednak na dzisiejszym wpisie. Podobnie jak ostatnio, będzie książkowo i kulinarnie. Klika słów o nowej książce otrzymanej od Wydawnictwa Znak Literanova oraz kolejny sprawdzony przepis na smaczny obiad. Zapraszam :)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Książkowo: "Manhattan Beach" Jennifer Egan

Jennifer Egan, amerykańska pisarka, która może poszczycić się zdobytą w 2011 roku, Nagrodą Pulitzera i National Book Critics Circle Award za powieść "Zanim dopadnie nas czas". Poza pisaniem książek, publikuje również w The New Yorker oraz pracuje jako dziennikarka w The New York Times Magazine. Jej książka "Manhattan Beach" została uznana przez mieszkańców Nowego Jorku za najlepszą powieść roku oraz została nominowana do National Book Award 2017.

Lata czterdzieste dwudziestego wieku: świat ogarnięty jest wojną. Poznajemy Annę Kerrigan, dziewiętnastoletnią dziewczynę, która pracuje jako nurek. Podjęła się tego, wówczas typowo męskiego zajęcia, mimo niesprzyjających równouprawnieniu czasom. Wykazała się w tym wytrwałością i siłą. Wcześniej pracowała w stoczni marynarki wojennej, ale czuła, że nie jest to dla niej odpowiednie zajęcie.

Sytuacja rodzinna bohaterki nie jest sprzyjająca. Jej ojciec któregoś dnia po prostu nie wraca do domu. Anna była z nim bardzo związana, zwłaszcza kiedy była dzieckiem. Matka żyje w przekonaniu, że on po prostu porzucił rodzinę, bo nie poradził sobie z ciężarem nieuleczalnej choroby drugiej córki, Lidii. Kobiety zostawione same sobie, walczą o normalne życie. Anna z pomocą pewnego mężczyzny z przeszłości jej i jej ojca, udaje się na plażę z siostrą, aby ta mogła zobaczyć morze i pobyć na plaży Manhattan Beach. Po jakimś czasie od tej wycieczki, Lidia umiera. Matka Anny jest zrozpaczona i nie radzi sobie z tragedią, jaka je spotkała. Postanawia wyjechać do rodziny. Anna zostaje, a w jej życiu zaczyna się dziać coraz więcej. Poza tym, postanawia się dowiedzieć, co tak naprawdę stało się z jej ojcem. Jak się okaże, umiejętność nurkowania, będzie jej w tym niezbędna.

"Manhattan Beach" to powieść, której nie da się przeczytać w tzw. jeden wieczór. Nie chodzi tu jedynie o jej objętość (prawie 600 stron), ale o samą treść książki i poruszane w niej tematy, przedstawiane tajemnice, intrygi, ale i skomplikowany świat uczuć damsko-męskich. Całość opisana jest pięknym, obrazowym językiem. Książka jest idealna, na długie, jesienne wieczory. 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: kasza bulgur z indykiem, kalafiorem i fasolką

Bardzo proste w przygotowaniu danie jednogarnkowe. W sezonie używamy świeżych warzyw, a poza sezonem sprawdzą się mrożone. Potrawa smakuje równie dobrze odgrzana na drugi dzień. Polecam.

Przepis znalazłam na niezawodnej Kwestii Smaku.

Składniki (2 porcje):

1 łyżka oliwy + 1 łyżka masła

1/2 cebuli

1/2 pora

2 ząbki czosnku

200 g mielonego indyka

po 1 łyżeczce suszonego oregano i mielonej kurkumy

120 g kaszy bulgur

opcjonalnie: 5 łyżek białego wina

300 g kalafiora

200 g zielonej fasolki szparagowej

1 i 1/2 szklanki bulionu drobiowego

liść laurowy

Przygotowanie:

  • Na dużej i głębokiej patelni (najlepiej z pokrywką), na oliwie i maśle podsmażam pokrojoną w drobną kostkę cebulę oraz pokrojonego w kosteczkę pora. Mają się zeszklić.
  • Dodaję przeciśnięty przez praskę czosnek, zmielone mięso, przyprawy (oregano i kurkumę) oraz sól i pieprz. Co chwilę mieszam i obsmażam mięso przez ok. 5 - 7 minut.
  • Dodaję suchą kaszę bulgur, mieszam i smażę przez ok. 1 - 2 minuty. Wlewam wino i chwilę odparowuję.
  • Dodaję  kalafiora podzielonego na różyczki oraz pokrojoną na kawałeczki fasolkę, mieszam. Wlewam gorący bulion i zagotowuję. Dodaję liść laurowy, przykrywam i gotuję przez ok. 15 minut do miękkości składników.
niedziela, 09 września 2018
Sałatka z ziemniaków i co nieco do czytania

Wrześniowe zabieganie. Ilość spraw, które mam na głowie, rzeczy do zrobienia i ogarnięcia, a także daty, których trzeba pilnować - wszystko to budzi lekką panikę, a do tego system kalendarzowo-karteczkowy czasem szwankuje. Na szczęście, w tym chaosie, są chwile wytchnienia, które dodatkowo przynoszą sporo radości i rozbudzają wewnętrzne ciepełko. Te momenty porządnie ładują moje baterie i po chwilowych słabościach, znów mogę działać z pełną mocą.

A jak u Was rozpoczął się wrzesień? :)

Tymczasem zapraszam Was do lektury wpisu, w którym piszę o książkach, które mogłam przeczytać dzięki Business and Culture (obie książki wydało Wydawnictwo Muza). Poza tym, w części kulinarnej, przepis na smakowitą ziemniaczaną sałatkę.

Książkowo

1. "Sztuka skutecznego proszenia. Jak umiejętnie narzekać, aby osiągnąć cel, poprawić relację z ludźmi i wzmocnić poczucie własnej wartości" Guy Winch

Przyznam szczerze, że tytuł nie był zbytnio zachęcający (już bardziej przemawiałby oryginalny, "The Squeaky Wheel" lub sam podtytuł). Zasiadłam jednak do lektury, żeby sprawdzić, czy jest to pozycja, którą warto kupić.

Jak się okazało, jest to książka, która może stać się bliska wielu osobom. Porusza bowiem problem narzekania i marudzenia, które często bywa bezproduktywne i nie niesie ze sobą nic dobrego. Niektórzy z narzekania tworzą wręcz narrację swojego życia, stając się jednocześnie bezradnymi ofiarami. Autor podkreśla, że im dłużej pozostajemy w tej roli, tym bardziej staje się ona naszą tożsamością. Zaznacza również, że chronicznie narzekającymi nie stajemy się nagle, choćby w godzinę. Jest to proces, który może być zapoczątkowany choćby poprzez jakieś traumatyczne wydarzenie, które sprawia, że stajemy się powoli osobami szukającymi współczucia i zrozumienia we wszystkich aspektach naszego życia. Wciąż się skarżymy, płaczemy i użalamy na swój los. Winch porusza przy okazji temat litości i uświadamia nam, że jest ona niezwykle toksyczna dla zdrowia psychicznego. Nie można jej akceptować, poza sytuacjami naprawdę tragicznymi. "Litość to trucizna psychologiczna, a chronicznie narzekający pochłaniają ją w ogromnych ilościach", pisze autor.

Guy Winch chce nas przekonać, że marudzenie można zamienić na coś pozytywnego. Uzasadnia to, przytaczając historie swoich pacjentów, a także opisując wydarzenia, które miały wpływ na jego samego. Poza tym, dokładnie wyjaśnia czytelnikom, jak działa mechanizm narzekania i jak można go zmienić w coś pozytywnego, dzięki czemu osiągniemy nasze cele, poprawimy relacje z bliskimi oraz wzmocnimy poczucie własnej wartości.

Podsumowując: jest to książka, po którą warto sięgnąć. Jej lektura pozwoli uzmysłowić sobie, że narzekanie nie zmieni naszego świata i relacji, ale przy odrobinie chęci i zastosowaniu wskazówek zawartych w książce, można osiągnąć więcej, niż zakładamy.

2. "Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę" Raphaelle Giordano

Książka nie zachęciłaby mnie ani okładką, ani tytułem, by po nią sięgnąć. Na domiar złego (jak dla mnie), określono ją jako poradnik, a po tego typu książki nie sięgam zbyt często. Wątpliwą wisienką na torcie było również opisanie tematu książki jako: "jak przestać być bucem"... Buc to według autorki osoba, która uważa się za centrum wszechświata, wie wszystko najlepiej, patrzy na ludzi z góry, nie słucha innych i w ogóle jest najlepsza we wszystkim.

Mimo dość negatywnego nastawienia, zasiadłam do lektury i po kilku stronach stwierdziłam, że w sumie nie jest źle. Książka nie jest napisana jak typowy poradnik, a wręcz czyta się ją jak najzwyklejszą powieść. Pozycja ta zaś ukazuje drogę, jak przestać być bucem. Dopiero na końcu jest kilka stron, w których autorka wyjaśnia pewne terminy, dzieli się wskazówkami, z których można skorzystać.

Poznajemy zatem bohaterów książki. Romane Gardener, jest kobietą poukładaną, która przeszła nie jedno w swoim życiu. Prowadzi szkolenia terapeutyczne, między innymi właśnie pomagające w zaprzestaniu bycia bucem. Poza tym wspiera osoby, które z takimi osobami mają do czynienia na co dzień. Poznajemy uczestników kursu oraz powody, dla których się tu znaleźli. Każdy jest inny i dla Romane wymyślenie dla nich zajęć jest niesamowitym wyzwaniem. Podczas lektury, mamy możliwość dowiedzieć się, jakie są to zajęcia, jak podeszli do nich uczestnicy i ostatecznie dowiadujemy się, jak się to wszystko zakończyło i czy dla każdego zakończenie było pozytywne. Muszę przyznać, że niektóre z zadań były bardzo ciekawe i sama zastanawiałam się, jak ja bym do nich podeszła.

Jednym z uczestników kursu jest Maximilien Vouge, biznesmen i jednocześnie wzorcowy przykład "pępka świata". Jego los i do tego spotkanie z Romane jest czymś przewidywalnym, gdzieś tam czuje się, czym to wszystko się skończy. Końcówka książki jest zatem niczym z powieści obyczajowej, a do tego mocno romantycznej.

Podsumowując: nie jest to do końca mój typ książki. Zwłaszcza zakończenie było dla mnie męczące, ponieważ dość mocno ociekało słodkim lukrem, zamieniając lekturę w przewidywalny romans. Nie jest to zła książka, ale na pewno sama z siebie nie sięgnęłabym po nią w księgarni.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kulinarnie: sałatka z ziemniaków z pesto bazyliowym, prażonymi pestkami słonecznika i ziarnami komosy ryżowej

Przepisy na sałatki są zawsze w cenie, przynajmniej u mnie. Dodatkowo, kiedy głównym składnikiem są w nich ziemniaki, stają się tym bardziej kuszące.

Tym razem źródłem inspiracji był lipcowo-sierpniowy numer Kukbuka. Oczywiście najlepiej smakowałaby z młodych ziemniaków, ale myślę że te dostępne teraz, mogą być równie smaczne. Przepis nieco zmodyfikowałam po mojemu. Przede wszystkim obrałam ziemniaki (co jest istotne, kiedy nie robimy sałatki na początku kartofelkowego sezonu), po ugotowaniu podsmażyłam je na oleju, czego w oryginale nie było. Co jeszcze... Nie miałam pestek dyni, zatem dałam trochę więcej pestek słonecznika i użyłam tylko białej komosy, bo akurat taką miałam w zapasie. Co do pesto, wiadomo że robione samemu jest najlepsze, ale jeśli nie macie czasu, to możecie użyć gotowego (ale zadbajcie o to, by miało dobry skład).

Składniki:

8 ziemniaków

pęczek bazylii

2 łyżki pestek słonecznika i 2 łyżki pestek dyni uprażonych z odrobiną sosu sojowego

2 łyżki octu jabłkowego

2 łyżki miodu

2 ząbki czosnku

sól i pieprz do smaku

oliwa/olej wg uznania

do podania: 1 łyżka uprażonych ziaren komosy ryżowej; 1 łyżka uprażonych pestek słonecznika; opcjonalnie: listki z 2 gałązek tymianku

Przygotowanie:

  • Ziemniaki obieram i gotuję w osolonym wrzątku (nie mogą być zbyt miękkie). Po ugotowaniu, odcedzam je i kroję w grubsze plastry/cząstki. Podsmażam na patelni, aż się zarumienią.
  • Liście bazylii wkładam do blendera, dodaję uprażone pestki, ocet, miód, czosnek, sól, pieprz i blenduję na jednolitą masę. W trakcie dodaję tyle oliwy/oleju, by uzyskać aksamitną konsystencję.
  • Ziemniaki mieszam z pesto, posypuję komosą, pestkami słonecznika i opcjonalnie listkami tymianku.
  • Sałatka jest dobra na zimno i na ciepło :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 108


KONTAKT



Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...